Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego. I znów strzeliły korki od szampana, w niebo pofrunęły fajerwerki…

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Kolejny rok w naszym życiu przeszedł do historii. A czy nasi protoplaści w grudniu 1877, podobnie jak my, czynili przygotowania do świąt i karnawału?

Tu z przykrością muszę stwierdzić, że w tej kwestii byli chyba śmiertelnie poważni i trudno znaleźć w “Korespondencie Płockim” chociażby jedną, obszerniejszą notatkę na ten temat, choć z poprzednich lat wiemy, że nasi przodkowie uroczyście obchodzili Boże Narodzenie, a potem chętnie uczestniczyli w balach karnawałowych zwanych wtedy redutami. Widocznie uznawali, że nie wypada poświęcać tym sprawom, pewnie według nich zbyt ulotnym i frywolnym, większej uwagi.

Tym niemniej, nasz periodyk skwapliwie donosił o wszystkim, co się w grudniu tegoż roku wydarzyło, informując nawet o niecodziennych zjawiskach meteorologicznych. Bo któż chociażby widział o tej porze roku…

„Dnia 1 b.m. o godzinie 8-ej minut czterdzieści zauważyliśmy tęczę na zachodniej stronie nieba. Zjawisko trwało około 5 minut, a ukazanie się zwykłego gościa dni wiosennych i letnich 1 grudnia zdaje nam się zwiastować lekki początek zimy.”

Nasz przegląd wydarzeń rozpocząłem od być może niezwykłych, ale jednakże  summa summarum niewinnych w konsekwencjach zjawisk, tym niemniej każdy, nowy dzień przynosił coraz to bardziej zaskakujące nowiny, a nawet jak to się dziś określa – sensacje. Oto właśnie w grudniu 1877 roku zdarzył się taki oto dramatyczny i spektakularny w swym przebiegu wypadek:

„W przeszły wtorek woźnica miejski zajechał jednym koniem pod spichrz rządowy za Farą i stanąwszy nad samym brzegiem góry, powierzył czuwanie nad koniem małemu chłopcu, sam zaś oddalił się. Chłopiec korzystając z pozostawionej sobie swobody i chcąc zapewne użyć przejażdżki w tem niebezpiecznem miejscu siadł na wóz i dalejże lejcami szarpać. Koń ściągany wędzidłem zaczął się cofać coraz więcej, aż w końcu tylne koła doszły do krawędzi góry i wóz cały w przepaść spadając pociągnął konia i wraz z nim stoczył się z tej ogromnej wysokości po stromej ścianie góry do Wisły. Chłopiec zdążył na szczęście w samą porę zeskoczyć z wozu i przytomności swej jedynie winien życie. Wóz roztrzaskał się zupełnie, ale w tym wypadku najosobliwsze jest to, że konia znaleziono na brzegu Wisły żywym, z nogami całemi i tylko lekko pokaleczonym.”

Nie wszystkie jednakże zdarzenia kończyły się aż tak szczęśliwym zrządzeniem losu. Dramatycznie zakończyły się roboty modernizacyjne prowadzone przy odwachu na ulicy Kościuszki, (kiedyś w tym miejscu Warszawskiej). A tak na marginesie, w reportażu jest chyba mowa o wydobywaniu kamieni, które stanowiły część średniowiecznego, obronnego muru:

„Smutny wypadek boleśnie przeraził wczoraj przechodzących ulicą Warszawską w południe. Na ulicy tej pod odwachem kopie się obecnie kanał głęboki, w który ma być zapuszczona rura cementowa dla odprowadzenia wilgoci spod domu rządowego przez generała dywizji obecnie zajmowanego i zpod odwachu. Kopiąc głęboką tę fosę natrafiono na dawny kanał kamienny; stąd okazała się potrzeba wydobycia ogromnych kamieni, ku czemu użyto windy na wielkim trójnogu zawieszonej. Mnóstwo ciekawych korzystając z braku ogrodzenia przypatruje się codziennie tej robocie. W chwili gdy robotnicy ciągnęli łańcuchem wielki kamień, wysoki trójnóg zapewne niedbale przez nich ustawiony, pod parciem windowanego ciężaru przewraca się i przygniata dwoje stojących w bliskości dzieci – chłopca i dziewczynkę. Chłopiec małą daje nadzieję życia; dziewczynka ma nogę złamaną. Nie chcemy obwiniać nikogo, ale prostemu wypadkowi trudno przypisać nieszczęście; już to co najmniej trójnóg jest temu winien. Pisząc o tem wypadku zwrócić uwagę musimy, że byłoby bardzo do życzenia aby przy owym rowie nocą paliły się latarnie w celu ostrzeżenia przejeżdżających.”

A skoro nasz dziewiętnastowieczny sprawozdawca poruszył przy okazji tej tragicznej sytuacji problem ówczesnego, miejskiego oświetlenia to okazało się, że z tymi urządzeniami nie bywało najlepiej, a może wręcz przeciwnie…?

„Na brak oświetlenia już teraz chyba wyrzekać nie możemy, od dwóch dni bowiem zauważyliśmy, że latarnie palą się nie tylko w nocy, ale i w dzień biały. Przedwczoraj widzieliśmy w południe palącą się jedną latarnię na Starym rynku, drugą na Warszawskiej ulicy, a wczoraj widzieliśmy to samo zjawisko na Tumskiej i Nowego rynku. Jaka szkoda, że z tej rozrzutności światła wieczorem nie korzystamy – zamiast późno gasić, lepiejby wcześniej zapalać. Obecnie i aż do dnia 12 b.m. latarnie miejskie powinny być zapalane o godzinie 4-ej po południu i gaszone o 6-ej rano.”

Trudno nie docenić tej zegarmistrzowskiej dokładności, z jaką 140 lat temu zarządzano miejską iluminacją, niemniej jednak nie po raz pierwszy okazało się, że najciemniej bywa nie tylko pod latarnią, ale i u samego źródła… władzy.

„Na placu wśród trawnika, naprzeciwko Rządu Gubernialnego, zakładane są fundamenta pod wystawić się mającą latarnię, która oświecać będzie nocy tę ciemną dotąd część ogrodu.”

Niestety, bieg wydarzeń w naszym mieście, pomimo zbliżających się szybkimi krokami świąt, zupełnie nie spowodował atmosfery bożonarodzeniowej idylli, a wręcz przeciwnie – już tradycyjnie, tu i ówdzie, co rusz uaktywniały się pewne grupy „zawodowe” uprzykrzające spokojny żywot uczciwych obywateli.

„Kradzieże w tych dniach zagęściły się znów w naszem mieście w sposób prawdziwie zatrważający; jakkolwiek dotąd złodzieje poprzestają na małych zdobyczach, obawiać się należy, aby zaprawiwszy się, nie przedsięwzięli wypraw na większe rozmiary.”

Nie lepiej było również w sąsiednich powiatach.

„Z Sierpskiego piszą nam: Okolica nasza bodaj czy nie najwięcej w Guberni Płockiej przez opryszków jest nawiedzana. Parę lat temu, jeżeli sobie przypominacie, istniała w powiecie naszym zorganizowana banda, którą długi czas namierzyć nie można było, pomimo przestępstw, jakich się dopuściła. W tym czasie znowu zaniepokojeni zostaliśmy nowym napadem. Na drodze pomiędzy Żurominem a Bieżuniem dwaj złoczyńcy w kije uzbrojeni napadli przejeżdżającego szewca z Raciąża j. Prochownika, żądając od niego pieniędzy. Szewc wraz z woźnicą Piłatem przestraszeni, zeskoczyli z fury i zostawiając ją z końmi na pastwę rabusiom sami uciekli, jak mogli najprędzej i najdalej. Napastnicy znaleźli na furze kufer, z którego po rozbiciu wyjęli 9 i pół par butów wartości rubli 30 oraz świadectwo handlowe i książeczkę legitymacyjną Prochownika. Poprzestając na zdobyciu tych trofeów zabrali je zostawiając wóz i konie, sami bez śladu się ulotnili.”

Jednakże to nie wszystko. Pewnego dnia w dzielnicy Rybaki okazało się, że zostały nikczemnie pogwałcone święte zasady złodziejskiego fachu.

„W zeszłą środę zdarzył się w naszem mieście wypadek przechodzący niemoralnością najsromotniejsze występki; złodzieje okradli złodzieja. Czyż już uczciwi ludzie w naszem mieście nic już do postradania nie mają, że panowie złodzieje tak bratobójczych dopuszczają się czynów? A rzecz się miała, jak następuje: w części miasta zwanej Rybakami, a położonej na stoku gór nad Wisłą, mieszka rodzina W. ciesząca się szczególnym dozorem policyi i częstymi stosunkami z sądem karnym. Cały ten szlachetny ród posiada w wysokim stopniu rozwiniętą  zdolność łatwego zarobkowania, lecz czy człowiek jest w stanie przewidzieć, z której strony grom padnie? W środę podczas nieobecności zacnej tej familyi, do jej domu weszli, drzwi wyłamawszy złodzieje i depcząc uczucia braterskie wszelkie obowiązki, a względy tak cenione wśród towarzyszów jednej broni, okradli domostwo całe do szczętu. I jakże tu wierzyć przysłowiu, że „kruk krukowi oka nie wykole?”

Tymczasem przed sądem okręgowym w Płocku już od wiosny toczyła się głośna, rozpalająca umysły ludzi  sprawa dotycząca pobicia ze skutkiem śmiertelnym.

„Kronika sądowa. Na ławie oskarżonych w Sądzie Okręgowym w Płocku zasiadł Józef W. właściciel dóbr Grzybowo Wielkie z powiatu mławskiego, który w miesiącu marcu przybył do stodoły, gdzie zajęty był robotą jego parobek Szczepkowski. Ten ostatni po krótkim przemówieniu się, w dotkliwy sposób zobelżył swego pracodawcę. W. obelgą tą do ostatnich granic gniewu doprowadzony, oprawą od wideł uderzył Szczepkowskiego po plecach i głowie, następnie zaś gdy Szczepkowski upadł na ziemię, uderzenia kilkakrotnie powtórzył. Gdy razy ustały, Szczepkowski wstał i natychmiast się udał do sądu gminnego, w celu złożenia na W. skargi. Z sądu jednak o własnych siłach powrócić nie mogąc, przez szwagra swego do domu odniesionym został, gdzie po upływie kilku godzin życie zakończył. Odbyta na Szczepkowskim sekcya sądowa oprócz sińców na ramionach i plecach wykazała kilka pęknięć kości skroniowej i czaszki, które to ostatnie uszkodzenie na pewno śmierć spowodowało. Pytany na Sądzie W. do uderzeń się przyznał, utrzymywał jednak, że ciosy wymierzał tylko w ramiona i plecy, że głowę mógł uderzyć tylko przypadkiem. Sąd wydał wyrok skazujący W. z art.1464 Kodeksu Karnego na zamknięcie w wieży przez 6 miesięcy, przyczem jednak zasądził od W. wdowie Szczepkowskiej summę rubli 3 000 tytułem szkód i strat, spowodowanych śmiercią jej męża.”

Przygotowaniom do świąt nie sprzyjali złoczyńcy, a nawet przyroda była czasami źródłem srogich zmartwień, tym razem jednakże niepokojące wieści nadciągnęły z odległego Śląska. Swoją drogą poczyniono przy tym dosyć zaskakujące obserwacje, świadczące o tym, w jaki sposób rozwój cywilizacji w postaci budowy kolejowych nasypów nieoczekiwanie wpływa na dobrostan popularnych gryzoni.

„Na Szlązku bardzo skarżą się na myszy. Oziminy i koniczyny właśnie bardzo ucierpiały i tam tylko, gdzie trucizną i łapkami myszy energicznie tępiono szkody przez nie sprawione są mniej znaczne. Doświadczono, że myszy znacznie się mnożą w bliskości kolei żelaznych, które w skutek wysokiego i suchego położenia, tworzą dla nich wyśmienite kryjówki. Zarządy kolejnictwa wielką by koło rolnictwa położyły zasługę, gdyby zaleciły strażnikom kolejowym, którzy dość mają wolnego czasu, tępić myszy, udzielając im od zabitych sztuk małą tantiemę.”

Współcześni ekolodzy wyrywają teraz pewnie ostatni włos z głowy, ale takie to były czasy, takie problemy i takie plagi, niekoniecznie egipskie. O konsekwentnej, ale przede wszystkim niezwykle żmudnej walce ze szkodnikami w rolnictwie świadczy też kolejny artykuł.

„Opieka pól i ogrodów. Nauczyciel szkółki wiejskiej w Vogelsheim (płn. – zach. Francja) nazwiskiem Schaffmann z dzieci do szkółki uczęszczających utworzył „towarzystwo w sprawie strzeżenia i zachowania gospodarczych plonów”. Chłopcy w liczbie 82 zobowiązali się do strzeżenia gniazd ptasich, do niszczenia wszelkich narzędzi i sideł używanych do łowienia ptaków, do ciągłego niszczenia wszelkich w gospodarstwie szkodliwych owadów. Według sprawozdania towarzystwa od 1869 do 1876 włącznie zniszczonych był 106 365 chrabąszczy, 30 632 pędraków, 7 337 myszy polnych, 1104 szczurów, 47 435 gąsienic, 90 307 ślimaków ogrodowych. Liczba strzeżonych gniazd doszła w roku 1876 do 458. Towarzystwo ogrodnicze w Kolmarze ofiarowało zacnemu przewodnikowi młodzieży wielki medal Vermeila.”

Mnie do szczętu rozbroiła natomiast tak dokładna inwentaryzacja; obawiam się, że więcej czasu spędzono na przeliczaniu „trofeów” w postaci chrabąszczy i gąsienic, niż na samej walce z tymi szkodnikami. No cóż, co kraj, to obyczaj… Dziś nie dowiemy się już pewnie, czy chłopcy z wiejskiej szkółki z tą samą biegłością co liczenia nauczyli się także pisania i czytania, bo nauczyciel medalista pewnie nie musiał się wtedy przejmować podstawami programowymi. Jedno tymczasem jest pewne – nasi przodkowie jeszcze niejednym nas zaskoczą i zweryfikują nasze potoczne mniemania o tych niezwykle interesujących czasach…

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji