Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Nie, nie… Po prostu nie mogę się powstrzymać od nurtującego mnie pytania. Jak Państwo sądzicie – gdybyśmy tak wspólnymi siłami zbudowali jakiś murek, a może nawet całkiem solidny mur… – może jakiś aktualny władca, król, monarcha  zwolniłby nas z obciążającej nasze portfele jak ołów daniny publicznej, może warto byłoby spróbować?

To ekscytujące, iż stara, płocka gazeta wciąż potrafi zaskakiwać… Na ludzi i zdarzenia drugiej połowy XIX wieku siłą rzeczy patrzymy w kontekście historycznym, być może nieco z przymrużeniem oka – czując swą przewagę 140 lat różnicy w rozwoju cywilizacji. Czasem jednakże ulatuje nam z pola widzenia fakt, że ówcześni mieszkańcy Płocka też spoglądali wstecz, być może również na swych pradziadów patrzyli z lekkim pobłażaniem, ale poszukiwali własnej tożsamości w dziejach grodu, kultywowali i pieczołowicie systematyzowali wszelkie artefakty i informacje, dotyczące jego bogatej przeszłości.

Mamy dziś niepowtarzalną okazję, aby dowiedzieć się, co też nasi przodkowie wiedzieli na temat dziejów miasta i jakimi wówczas dysponowali informacjami dzięki obszernemu artykułowi „Kilka słów o Zamku Płockim” niejakiego H. Leszka:

„Nieraz w porze letniej przechodząc obok wieży zegarowej i wspaniałej, a śmiałej swą budową Katedry, mimochodem zwracamy uwagę na wieżę na samym brzegiem góry od strony Wisły stojącą. Są to szczątki pozostałe z całości olbrzymich kiedyś murów zamkowych, o których z pokolenia na pokolenie przechodzą legendy o niebotycznych wieżach, głębokich fossach, wzniosłych murach tego zamku. I rzeczywiście, to ciche dziś ustronie z malowniczym widokiem na nadwiślańskie sioła, dźwigało na sobie potężne zamczysko, przeznaczone nie tylko do obrony panów jego, lecz i przytułku mieszkańców okolicznych w czasie najazdów nieprzyjacielskich. Dziś zniknął w tym miejscu połysk pancerzy i szyszaków, ucichły dźwięki lśniących się mieczy i ostróg, nie słychać tu odgłosu trąb i bębnów wzywających do obrony swego mienia i życia. (…)

Początki Zamku Płockiego giną w pogańskiej mgle wieków. Kazimierz Wielki zawarłszy w 1351 roku umowę z książętami Mazowieckimi, Ziemowitem i Kazimierzem, zaraz przedsięwziął gród płocki i okolicę zabezpieczyć od napadu Litwinów, ówczesnych pogan i Zakonu Krzyżackiego. W tym celu przybywszy do Płocku stanął na Zamku książęcym w piątek po niedzieli głuchej w roku 1353, gdzie udzielił przywilej płockim mieszczanom, w którym nadmienia o pilnej potrzebie obmurowania, sporządzenia rowów, albo foss głębokich wkoło tego miasta. Po czem kreśli plan rozpoczęcia tej fortyfikacji, gdzie naznacza głębokość fundamentów i szerokość ścian z cegły wystawić się mających – to jest, że ściany od fundamentów mają mieć szerokości łokci cztery, nad poziom wyniesione łokci trzy i pół; wysokość ścian wykończonych ogranicza do 16 łokci; wzdłuż tych murów obwodowych poczynając od bram co 60 łokci ustanawia wieże; wewnątrz całego muru okalającego miasto poleca urządzić wąski korytarz dający przejście od jednej wieży do drugiej. Na uskutecznienie tego planu wyznacza ze skarbu swego 400 grzywien, a z funduszów miejskich 100 grzywien corocznie wybierać poleca.”

Oczywiście nie chodzi o to, że ówczesna straż miejska otrzymała rozkaz ściągnięcia z mieszkańców takiej ilości mandatów; grzywna nie była też utrapieniem zbyt szybko powożących zaprzęgami; w XIV wieku w Polsce, Czechach i na Rusi tą nazwą określano jednostkę masy oznaczającą pół funta… czyli około 0,4 kilograma. Z tej ilości w odniesieniu do srebra bito 60 monet praskich.

„Dalej zaleca mieszczanom płockim, aby z pośrodka siebie wybrali majstra murarskiego i temu powierzywszy zarząd tej fabryki za wynagrodzeniem 20 grzywien za każdy pręt wzniesionego muru, które wypłacać mu będą z funduszy wyżej oznaczonych. W końcu dla zachęty rychlejszego ukończenia tej fortyfikacji, zwalnia płocczan od podatków, a rzemieślników od wszelkich opłat cechowych.”

Po tak krótkim fragmencie, dwie kolejne sprawy, wymagające moim zdaniem krótkiego komentarza. Rzeczony wyżej pręt jest kolejną jednostką miary, tym razem długości – w owych czasach było to około 4 i pół metra, a zatem majster murarski musiał się nieźle na swoje 20 grzywien naharować. Nie sposób przejść do porządku dziennego nad jeszcze jednym, średniowiecznym rozwiązaniem – jeżeli władca czegoś od swego ludu poddanego oczekiwał, to zwalniał go na jakiś czas z podatków. Prawda, że w swej prostocie genialne? Niestety obydwa patenty dawno już poszły w zapomnienie…

„Długosz w Xsiędze IX, na stronicy 1097 wspomina o zamku obwiedzionym murem dodając, że jest on od strony Wisły niezdobyty. W opisie znajdujemy Płock, do którego wstęp ułatwiały trzy bramy: grodzka, czyli wyszogrodzka między dzisiejszym odwachem i domem narożnym, gdzie teraz jest Sąd Zjazdowy, bielska przy zejściu ulicy Bielskiej z szeroką dawną fossą i dobrzyńska przed mostem na kanale w dawnej fossie.( w okolicy obecnego skrzyżowania ulicy Kazimierza Wielkiego z ulicą Okrzei – przyp. aut.) W 1361 roku powtórnie przybywa Kazimierz Wielki do Płocka i widząc czynny udział mieszkańców, z chęcią niosących pomoc w ukończeniu rzeczonych fortyfikacji, staje we wsi Mąkolinie mil trzy od Płocka i tamże udziela przywilej na włók 60 tymże płocczanom. Następnie Kazimierz IV Jagiellończyk w 1454 roku uwalnia mieszkańców z tegoż samego powodu od opłaty cła wodnego. Za panowania Zygmunta króla w 1511 r. Płock uległ pogorzeli, skutkiem czego tenże monarcha na 9 lat uwolnił mieszkańców tego grodu od opłaty wszelkich podatków.”

Nie, nie… Po prostu nie mogę się powstrzymać od nurtującego mnie pytania. Jak Państwo sądzicie – gdybyśmy tak wspólnymi siłami zbudowali jakiś murek, a może nawet całkiem solidny mur… – może jakiś aktualny władca, król, monarcha  zwolniłby nas z obciążającej nasze portfele jak ołów daniny publicznej, może warto byłoby spróbować?

„W 1555 roku Andrzej Sierpski, starosta płocki donosi królowej Bonie o grożącem niebezpieczeństwie upadku murów zamkowych, skutkiem usuwania się góry od strony Wisły, a to przy każdem niezwyczajnem wylewie tej rzeki prosi o udzielenie drzewa z lasów królewskich na zabezpieczenie brzegów. Królowa przychyla się do jego żądań, jednocześnie poleca swym offiicyalistom, aby z lasów Młodzieszyńskich wycięli sto kilkadziesiąt sztuk drzewa, takowe natychmiast zwieźli nad brzeg Wisły i spławili pod mury Płocka. Wreszcie zaleca temuż staroście płockiemu, żeby nad brzegiem Wisły urządził nowe, mocne bulwary i wkłada obowiązek, aby ściśle upominał jej poddanych, iżby przy puszczaniu drzewa z pnia nie uszkodzili innych drzew i zachowali porządek w lesie.”

Panie ministrze od lasów, łąk, rzek i jezior, od fauny i flory! Słyszał Pan o takich fanaberiach i to w drugiej połowie szesnastego stulecia? Pewnie strach byłoby sprawować urząd pod rządami takiej królowej – wówczas pod ciosami topora padały nie tylko strzeliste sosny…

„Laurencyusz Wszercez doktór medycyny powiada o powietrzu morowem, które w 1603 roku nawiedziło Płock, iż zaraz najprzód ukazała się w ulicy Dobrzyńskiej i tu śmierć straszna bez różnicy wieku, płci i stanu sprzątała płocczan. Miasto przepełnione zarazą częściowo wymierało, częściowo spustoszone przez uchodzącą ludność było w największym nieładzie i nieporządku. Po tak dotkliwej klęsce Stanisław Miński obejmuje starostwo płockie wraz zamkiem. Z opisu zamku przy tej okoliczności sporządzonego widzimy, iż prowadził do niego most zwodzony, a nad bramą była kancellarya, obok której dwa sklepy na księgi. Z sieni wchodziło się do sali największej królewskiej, potem szły dwie sale malowane, a następnie cztery izby jedna z drugiej ku Wiśle, pod spodem zaś była jedna duża izba sądowa. Z tych gmachów szedł ganek kryty do tak zwanej kamienicy, w której były dwie izby z widokiem na ogródek.

Pomimo klęsk wyżej wspomnianych Płock na chwilę przygnębiony powracał na drogę porządku i wzrostu, lecz z początkiem XVII w. spotkał się z coraz większemi klęskami. W 1615 roku skutkiem pożaru zniszczony mocno podupadł. W 1616 roku komisya zebrana pod przewodnictwem Stanisława Krasińskiego ówczesnego wojewody szczegółowo stan miasta opisała i sprawozdanie królowi przedstawiła, wspominając o murach zamku nieco porysowanych i wysokiej wieży nad Wisłą, której szczątki dotąd istniejące są tylko drobną cząstką, reszta zaś jako grożąca kościołowi Benedyktynów w 1799 r. z wielką trudnością rozebraną została. W początkach panowania Władysława IV w 1635 roku napotykamy pierwszy ślad bytności Szwedów w Płocku.

Skutkiem tego komisya dobrego porządku powtórnie stan Płocka opisuje – „Co się tyczy murów miasta przez Kazimierza Wielkiego fundowanych, te znaleźliśmy w większej części upadłe i zrujnowane, a w innych miejscach zaledwie ślad niegdyś stojących murów widzieliśmy. Cegły zaś z tych, mieszkańcy używają na budowę swych domów, a w większej jeszcze części do Wisły upadły. Reszta stojących murów zostaje w takiej ruinie, że takowych niepodobna już reparować.” Zwolna i zamek zaczął tracić swój rycerski ustrój, coraz słabszy zbliżał się do upadku.

Rok 1704 i następne były końcem istnienia owej budowli, gdyż Szwedzi oblężeni w nim przez Rossyan, ratując się ucieczką wszystkie zabudowania podpalili, skutkiem czego biblioteka Benedyktynów oraz wiele innych drogocennych pamiątek uległo zniszczeniu. W lat cztery po tem wypadku w 1710 i 1712 roku zjawia się w Płocku morowe powietrze i resztki pozostałej ludności niszczy. Za panowania Augusta III króla w roku 1739, kapituła płocka domaga się rozebrania murów zamkowych.

W roku 1754 z lustracyi taką o tem znajdujemy wzmiankę – „Zamek murem otoczony, budynki jednak wszystkie przez nieprzyjaciół zrujnowane” – a lustracja z 1765 roku już tylko powiada – „Zamek był przedtem nad Wisłą”… Ktoby chciał się przekonać, z jak trwałego materiału był zbudowanym mur kazimierzowski, niech zajrzy w podwórze domu przy ulicy Bielskiej pod nr 47 leżącego, a ujrzy tam szczątki tych murów jeszcze na 6 łokci wysokie. (…) Z upływem czasu przez usuwanie się góry w Wisłę resztki przeszłości znikły zostawiając nam ślad swego istnienia w odwiecznych, zżółkłych pergaminach i aktach ziemskich Grodzkich; te jakkolwiek słabe na pozór, przy troskliwej dotąd opiece, długi czas świadczyć o tem będą, z czego ja – mając sposobność w wolnych chwilach od właściwych swych obowiązków, te słów kilka skreśliłem…”

I tak dobiegła końca opowieść podana Państwu słowami antenata, który najprawdopodobniej nie był ani historykiem, ani też archeologiem; podjął się spisania historii zamku i grodu z zamiłowania. W tym miejscu nie unikniemy zasadniczego porównania i dylematu, bo czy my współcześni dokonaliśmy jakościowego skoku w podejściu do przecież tych samych dóbr kultury i przyrody, czy traktujemy je, co mogłoby się wydawać niemal oczywiste, z  jeszcze większą atencją, przywiązaniem i pieczołowitością? Gwoli przypomnienia właśnie w roku – o zgrozo! – z braku funduszy, a nie najazdu Szwedów, pożaru, czy też zarazy, zamknęliśmy na głucho naszą dotychczasową chlubę – Bibliotekę im. Zielińskich…

Tak dla świętego spokoju nie spieszmy się z odpowiedzią, rozejrzyjmy się wokół siebie, przecież na te rozważania mamy kolejny, cały miesiąc, a może i wieki…

 

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji