Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Tradycyjnie już przewertowałem lutowe wydania płockiej gazety z 1877 roku. Podobnie jak w styczniu, ukrywający się pod inicjałami A.N. – warszawski korespondent naszego pisma wciąż „nie odpuszczał”, dalej rzucał gromy, oceniał i karcił swym nadzwyczaj ostrym piórem, a że jednocześnie też opisywał ówczesne zwyczaje, etykietę, stosunki społeczne, a nawet światopogląd i mentalność naszych przodków – jest to zatem niezwykle bogata skarbnica wiedzy o tym, co działo się 140 lat temu.

Tym razem dowiemy się cokolwiek o karnawale, emancypacji, a nawet antysemityzmie. Naszą peregrynację w czasie rozpocznijmy jednakże od tradycyjnych zabaw na początek roku:

„Karnawał tegoroczny źle się rozpoczął; wprawdzie zapowiada nam się cały szereg wieczorów i wymienia się wiele osobistości, które nawiedziły Warszawę dla zabawy, ale wszystkiemu winna jest kwestya wschodnia; cło w złocie podniosło cenę szampana; chociaż fabryki w Chalon przyjęły przewyżkę na siebie, to kupcy nasi drą łyko póki można i na Roederze każą sobie dopłacać po pół rubla od butelki. A jednak niepodobna uniknąć karnawału, tej uroczej fazy, która w młodej wyobraźni rysuje się szeregiem pięknych wrażeń i chwil szczęśliwych zapomnienia.. W tej epoce rodzą się znajomości, kojarzą serca…”

Trudno się w tym miejscu dziwić naszemu dziennikarzowi marudzie, bo jak tu się bawić, w rozterce lać szampana przeliczając na ruble spożyte bąbelki? Co tu wybrać – srogo oszczędzać, wlewać w siebie złoty trunek symbolicznie, czy też jednak pójść na całość „ku szczęśliwym chwilom zapomnienia!” Jeżeli byliście Państwo w przekonaniu, że nasz sprawozdawca życia salonowego umieścił opis hekatomby karnawałowej w pierwszej kolejności, to głęboko się mylicie:

„Lecz każda rzecz ma drugą stronę medalu; wieleż to w tym samym karnawale rozchodzi się małżeństw, dla zawarcia innych korzystniejszych związków; ileż to kieszeni dostaje krwawej dezynteryi, a co za niezliczona masa przeładowanych żołądków lub też przeziębionych piersi całe życie za chwilową rozrywkę pokutuje. Apropos korzyści karnawałowych przychodzi mi na myśl, że jest on pomostem do dwojakiego rodzaju stadeł, a mianowicie; opartych na uczuciu plastycznem – „ujrzeć ją i zakochać się” albo na grubem wyrachowaniu, to drugie zjawisko jest powszechniejszem. Młodzian pięknych kształtów, jako tancerz ujmuje jedynaczkę, właścicielkę dwóch kamienic, w imię powodzenia balu wchodzi do jej domu i powoli zarabia na stanowisko zięcia. Ten rodzaj małżeństw nie może się naprzykrzyć, bowiem codziennie powtarza się ku wstydowi płci szpetnej.”

Ostrzegałem Państwa, że to był tylko wstęp do karnawałowej katastrofy – potem niemal równocześnie następowały nie mniej dotkliwe plagi: niestrawności i skręty jelit, gruźlica, zapalenia piersi ( a trzeba je było tylko lepiej okrywać, czyli mniej eksponować) i chyba najbardziej zdradzieckie ze wszystkich – „dezynterye kieszeni”, czyli „spłukanie się” do ostatniego rubla, co przy drakońskich cenach szampana dziwić nas nie powinno, a o kartach kredytowych można było wtedy jedynie pomarzyć… Powróćmy jednakże do relacji damsko-męskich i wicia rodzinnych stadeł:

„Na pochwałę kobiet należy wyznać, że ich pojęcia na drodze zamążpójścia uległy korzystnej odmianie; dawniej panna rezydentka lub córka w domu rodziców oczekująca na męża chlebodawcę była typem powszednim, to też do stanu mężatki szło się na spotkanie losu bez zastanowienia, często bez uczucia. Nastały tymczasem czasy ciężkie, kiedy młodzież przestała szukać żon, a zaczęła polować na posagi. Wśród obustronnego błędu sakrament znikł, powstała spółka handlowa, notabene bliska bankructwa. Na szczęście następuje reakcya, która porządek społeczny może ocalić i to reakcya ze strony słabych. Kobiety przejrzały na oczy! Nie chcą się zaprzedawać w niewolę; bo iść za mąż bez uczucia, dla utrzymania, to barbarzyństwo!”

Tak oto nasze pra… – praprababki przeciwstawiły się merkalizacji małżeńskich związków i sprowadzenia ich roli do towaru na salonowej giełdzie. Jak wyjść za mąż, to z miłości, a nie z wyrachowania! Jednakże tak szlachetny zamiar nie tak łatwo było wprowadzić w życie. Nie można też zapominać, że w tamtych czasach tak zwane wolne związki może i istniały, ale nieoficjalnie i podlegały bezwzględnemu ostracyzmowi. Tak zatem nasze antenatki w kontrze przeciwko dyskryminacji niewiast podjęły się trudnego dzieła emancypacji i to od razu na różnych polach:

„Oto nowe zakłady niewieście poświęcają się drukarstwu, inne buchalteryi, a wieleż zarabia w redakcjach, introligatorniach, a nawet jako nauczycielki! Cechy, pamiątka średniowiecznej kultury, były jedyną tamą do rozwinięcia pracy kobiecej, którą uprzedzenia strąciły z należnego jej miejsca, do jakiego każdy ma dziś prawo. Niedawno rękawicznicy warszawscy zjednoczyli się w barbarzyńskim zamiarze dawania swego produktu jedynie do szycia, lecz nie do krajania kobietom; w ten sposób usunięto ich pracę na drugi plan i pozbawiono samodzielności, a przede wszystkim zarobku. Mianobyż się lękać współzawodnictwa pracy niewieściej, tak jak Amerykanie żółtej rasy? Być może, bo kobiety są sumienne i gorliwe w wykonywaniu obowiązków, a te przymioty mogą zatrwożyć rękodzielników naszych.”

Tak zatem niewiasty, a przynajmniej ich awangardowa część, miały wreszcie samodzielność dzięki swym ciężko zarobionym pieniądzom. A kiedy w ich sakiewkach zadzwoniła już gotóweczka, pojawiły się cieszące oko i ucho rubelki… Nie, nie wierzę, iż obyło się bez choćby małego, zupełnie niewinnego shoppingu… Oddajmy jednakże ponownie głos warszawskiemu mentorowi:

„Uprzedzenia są gangreną społeczeństwa naszego i do tej kategoryi należy zaliczyć kwestyę żydowską, którą kilka drobnych okoliczności wyprowadziło przed oblicze prasy, a tem samem opinii publicznej w chwili obecnej. – Żydzi stanowiąc liczebnie znaczną część ludności miejskiej są jednym z najpoważniejszych jej żywiołów składowych, a przeto zasługują, aby się z nimi rachować, W poznańskiem ten element już dawno przeszedł na łono niemczyzny; a nas przeciwnie, bo jakkolwiek pozostał przy swoich tradycjach, ale i nie zatracił poczucia do miejscowego języka i literatury. Kiedy w lecie ogród saski zamienia się w salon, dając gościnność tysiącom, Żydzi w tych tłumach porozumiewają się po polsku i ku wstydowi warszawskiego narzecza bardzo poprawnie, bo się uczą języka z książek; słowem po sposobie wykwintnych zwrotów, nie używanych w mowie potocznej odznaczyć ich można. Czyż te wysiłki ludzi, którzy nie mieli sposobności nauczenia się polskiego języka w domu rodziców nie są dowodem wysokiej szlachetności? A co zatem powiemy o szkolnej młodzieży, która w pół roku po opuszczeniu rodzinnego domu kaleczy tę mowę, w jakiej się nauczyła od matki swojej pacierza”.

I tak zatem, dzięki lekturze naszej archaicznej gazety, rozwiązała się pewna, dosyć istotna kwestia – teraz nie powinna już nas dziwić niechęć, a nawet obstrukcja środowisk nacjonalistycznych do używania poprawnej polszczyzny oraz „wyposażanie” ojczystego języka w rynsztokowe inwektywy i bluźnierstwa. Wszystko to – ujmijmy nieco eufeministycznie, z obawy przed posądzeniem o pochodzenie stojące w zdecydowanej antynomii do wyznawanej ideologii…

A na sam koniec dostało się od dziennikarza kaznodziei również warszawskim gazetom:

„Żarcik Kuryera Warszawskiego wywołał słuszną burzę Kuryera Codziennego i Echa. Już to nie brak w Warszawie drażliwych kwestyi. Nie dawno list Siemiradzkiego zapalił wojnę pomiędzy dziennikami. Tygodnik zakończył ją prosząc obrońców aby się uciszyli, gdyż pośrednictwem swojem utrudnili rozwiązanie sporu. Sens moralny tej walki następujący – a) że kowal zawinił, a Kuryer Codzienny został przez Gazetę Polską wyłajany b) ujawniono że pan Siemiracki listem swoim szkodzi obrotowi kapitałów pana Lewentala c) interes publiczny na ostatnim stoi planie d) dzienniki nie mają o czym pisać, więc przeżuwają co im się nadarzy”

Oczywiście punkt „d” jest kwintesencją całego akapitu. I skąd my to znamy? Okazuje się, że media ogryzające jak sępy poczytne informacje do ostatniej kosteczki, to bynajmniej nie współczesny wynalazek. Nasi pradziadowie, mimo całej ograniczoności środków służących przekazowi wiadomości, też mieli swoje pudelki i pomponiki… Wydawałoby się, że tak wiele nas dzieli, a tu się okazuje, jak wiele nas łączy. A przed nami już niebawem kolejna podróż w czasie, oby nie mniej pasjonująca…

 

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Artykuły sponsorowane w PetroNews.pl


Warto Przeczytać


Ostatnie Informacje