„Z lipnowskiego donoszą, że w tych dniach podczas silnego wiatru przeprawiało się pięciu ludzi czółnem z Włocławka na prawy brzeg Wisły. Na samym prawie środku rzeki wicher z dołu wiejący z taką mocą wydął żagiel, że łódź się przewróciła. Z całej załogi jeden tylko człowiek zdołał się uratować; czterej jego towarzysze utonęli i nawet ich ciał nie odnaleziono.”

“O roku ów! Kto ciebie widział w naszym kraju. Ciebie lud zowie rokiem urodzaju, A żołnierz rokiem wojny…” – tak Adam Mickiewicz rozpoczął XI księgę narodowej epopei. Oczywiście nie miał na myśli roku 1878, na to było zdecydowanie za wcześnie, ale przecież nie od dziś mówi się, że historia zatacza koło.

140 lat temu, dokładnie 3 marca, na mocy traktatu pokojowego w San Stefano zakończyła się wojna rosyjsko – turecka i mimo, że nie dotyczyła ona bezpośrednio naszych ziem, kilka razy pisałem, że niejednokrotnie płocczanie nie uniknęli w niej udziału, będąc poddanymi Rosyjskiego Imperium.

Tymczasem Car Aleksander II święcił swój tryumf, w takich okolicznościach część chwały mogła spłynąć również na „maluczkich”, o czym skwapliwie informował „Korespondent”:

„Najjaśniejszy Pan Najmiłościwiej udzielić raczył order św. Stanisława klassy 3-ej buchalterowi Izby Skarbowej Płockiej Tarnowskiemu i poborcy kassy powiatu Ciechanowskiego Bebenkowskiemu, także Wójtowi gminy Ossówka Ignacemu Kasprowiczowi srebrny medal z napisem „Za gorliwość”, dla noszenia na piersiach na wstążce św. Stanisława.”

Ostatniemu z obdarowanych chyba należałoby współczuć, bowiem paradowanie z takim „wyróżnieniem” na piersiach raczej nie spotykało się ze zrozumieniem ogółu. No, ale cóż było robić – łaskawy car, co pod ręką miał, to dał! Oczywiście dworska etykieta w takich sytuacjach wymagała, aby na ręce, a może też inne części ciała Jaśnie Wielmożnego, o czym za chwilę Państwo się przekonacie, nawet z najdalszych stron wielkiego imperium płynęły gratulacje; nie omieszkał tego również uczynić uniżony sługa zarządzający Płocką Gubernią:

„Jaśnie Wielmożny Gubernator Płocki general – major baron Wrangel złożył 5 marca od mieszkańców Płocka Jego Cesarskiej Mości, Najjaśniejszemu Panu z powodu zawarcia pokoju powinszowania w tych słowach: Mieszkańcy miasta Płocka mają szczęście złożyć u nóg Waszej Cesarskiej Mości wiernopoddańcze podziękowania i uczucia wielkiej radości z powodu szczęśliwego ukończenia wojny i doścignięcia wielkiego celu oswobodzenia chrześcijan na wschodzie.”

Chciałoby  się powiedzieć – Panie generał – major baron, mów Pan za siebie, ponieważ z tym wiernopoddańczym podziękowaniem w imieniu płocczan to żeś Pan ostro przesadził! Cóż, takie to były czasy, ale jak to powiadają – żyć trzeba, bez względu na to, czy wiatr wieje nam w plecy, czy też w oczy. A skoro już o życiu mowa, to przecież nie składa się ono z samej polityki. Tak zatem ludzie cieszyli się nie tylko z zakończenia wojny, w końcu przyszła upragniona wiosna, a w związku z tym…:

„Most na Wiśle wczoraj wieczorem ukończono już stawiać, a dziś od rano do użytku oddanym został. (…) Statek parowy podobno w przyszłym tygodniu ma już zacząć kursować pomiędzy Warszawą a Płockiem.”

Tymczasem zupełnie nieopodal nie było już tak sielankowo:

„ Z Włocławka. Z przyczyny wiatru i dużej wody mostu jeszcze u nas nie ustawiono. Komunikacya z drugim brzegiem Wisły jest mocno utrudniona, lecz mamy nadzieję, że na jarmark tutejszy, w czwartek 14 b.m. most ustawionym będzie.”

O wiośnie często mówi się, że płata niewinne psikusy, jednakże w tamtych czasach ta wyczekiwana pora roku jawiła się dużo bardziej dramatycznie:

„Z lipnowskiego donoszą, że w tych dniach podczas silnego wiatru przeprawiało się pięciu ludzi czółnem z Włocławka na prawy brzeg Wisły. Na samym prawie środku rzeki wicher z dołu wiejący z taką mocą wydął żagiel, że łódź się przewróciła. Z całej załogi jeden tylko człowiek zdołał się uratować; czterej jego towarzysze utonęli i nawet ich ciał nie odnaleziono.”

Podobny wypadek na oczach zebranej gawiedzi zdarzył się również w Płocku:

„Przypatrujący się wczoraj po południu z góry Tumskiej pięknemu widokowi, jaki teraz przedstawia wezbrana Wisła, byli świadkami dramatu, któremu za scenę służyły wezbrane fale rzeki. Łódź wiosłowa wioząca mężczyznę, kobietę i dziecko, kierowana niezręczną ręką dostała się pod berlinkę i przewróciła się. Z trojga płynących zdołano chłopca tylko uratować.”

Jednakże już w następnym numerze „Korespondenta” okazało się, że:

„Wypadek spowodowany przewróceniem łódki, o którym w przeszłym numerze donieśliśmy, miał mniej tragiczne następstwa niż się patrzącym z Tumskiej góry wydawało; wszyscy płynący łodzią pomimo jej przewrócenia się, przez załogę berlinki uratowani zostali.”

Tak zatem albo mieliśmy tu do czynienia z klasycznym przypadkiem dziennikarskiej „kaczki” lub też redaktora „Korespondenta” z „falami wezbranej rzeki” zdecydowanie poniosło pióro wespół z wyobraźnią, co też i nie powinno dziwić, ponieważ nie zawsze mógł sobie aż tak bardzo pofolgować.

Poniżej przytoczę z pozoru niewinnie wyglądające wspomnienie pośmiertne:

„We wsi Skępem zmarł 22 lutego ś.p. Józef Feliks Zieliński syn Bonawentury i Eleonory z Dembowskich. Ś.p. Józef młodość spędził wojskowo, był kapitanem wojsk polskich 17 pułku piechoty. Bawił długo we Francyi, a następnie w Hiszpanii, gdzie służył w ministerstwie spraw zagranicznych. Następnie był sekretarzem legacyi hiszpańskiej w Konstantynopolu i za odznaczenie się w służbie nagrodzony został od dworu znakiem honorowym. Jako inżynier kierował czas pewien robotami w znacznych kopalniach na półwyspie Iberyjskim. Nieboszczyk pracował także na polu literackiem. Oprócz rozpraw i broszur w kwestyach politycznych i społecznych wydał on również zbiorek utworów poetycznych. Powróciwszy do kraju Józef osiadł w Skępem w dobrach krewnego swego znakomitego poety Gustawa Zielińskiego i tam głównie zajmował się uporządkowaniem miejscowej biblioteki. W tych ostatnich latach zasilał czasem pismo nasze swojemi korespondencyami.”

Tak, tak! Mowa tu o protoplastach naszej wspaniałej biblioteki im Zielińskich, jednakże redaktor naszej gazety musiał ze względu na carską cenzurę zachować daleko idącą powściągliwość. Z tychże względów nie mógł napisać wprost, że Józef Feliks Zieliński brał udział w Powstaniu Listopadowym i że za szczególne męstwo został odznaczony krzyżem Virtuti Militari. Dziennikarz z drugiej strony pewnie też nie wiedział, jakże interesującą postacią był Józef Zieliński, który przebywając na emigracji w latach 40. prowadził w Nantes, a potem w Angers pierwsze zakłady fotograficzne wykonujące dagerotypy.

Był autorem pracy „O dagerotypie”, opisującej tę technikę. Po pięcioletnim pobycie w Hiszpanii w latach 1850-1855 powrócił do Francji i został jednym z sześciu inspektorów generalnych rolnictwa. Za swe zasługi tu również został doceniony, otrzymał bowiem Legię Honorową – najwyższe odznaczenie francuskie. W 1873 roku Józef Zieliński powrócił do Polski na zaproszenie swego kuzyna Gustawa. Do jego bogatego księgozbioru dołączył  swój, nie mniej wartościowy, wraz ze słynną kolekcją 80 grafik Francisco Goyi „Caprychios”, która do dziś jest jedną z pereł w zbiorach specjalnych naszej Biblioteki im. Zielińskich.

Uzupełniwszy informacje na temat człowieka tak zasłużonego dla naszego miasta i regionu, ze spokojem mogę już przejść do przeróżnych wiadomości pojawiających się w marcowych wydaniach leciwej gazety, świadczących o szeroko pojętej zaradności naszych przodków i to w wielu dziedzinach. Swą relację rozpocznę od doniesienia o substancji, która zrewolucjonizowała rynek futrzarski, a następnie również odzieżowy na pewnie sto lat i to z okładem:

„Najlepszym środkiem przeciwko molom w futrach okazała się naftalina, która na wystawie wyrobów ze skóry w Berlinie, pod różnemi nazwami antiputryna, antitincyna jest zalecaną i istotnie najskuteczniejszą uznaną została.”

Niestety, kolejny wynalazek, choć najprawdopodobniej równie skutecznie walczył z molami, to najoględniej rzecz ujmując, drastycznie także skracał życie ludzi, którzy znaleźli się bezpośrednio pod nim:

„Nowe narzędzie zniszczenia. W tym czasie robiono doświadczenie w Bridgeport w Stanach Zjednoczonych Ameryki z nowo wynalezioną maszyną do zabijania ludzi. Jest to balon pod koszem mającą uczepioną tortillę (bombę – przyp. aut.), która zawisła będąc od przyrządu automatycznego, oderwaną może być od balonu i opuszczoną w przestrzeń nieledwie na skinienie konduktora balonu. Upuszczenie torpilli ma następować w chwili, gdy balon ma być wzniesiony nad armią nieprzyjacielską lub miastem; można sobie łatwo wyobrazić straszne, a niespodziewane zniszczenie, jakie sprawiać będą w ten sposób z obłoków spadające i eksplodujące torpille.”

Jak wiemy z historii, na szczęście opisane tu narzędzie zagłady nie upowszechniło się, być może w związku z brakiem chętnych do pełnienia zaszczytnej roli konduktora, do którego jak mniemam, wroga armia waliła z czego popadnie, jak w bęben… to znaczy, jak w balon. Jest również wielce prawdopodobne, że w rozwój militarnych zabawek wmieszały się nasze babki, które w tym czasie wykazywały się coraz większą aktywnością i samodzielnością. Wtedy nie nazywano jeszcze tego zjawiska emancypacją:

„W sprawie kobiet, a mianowicie w celu rozszerzenia zakresu ich pracy oraz działalności, Niemcy bardzo się krzątają. W Berlinie w ciągu bieżącego roku ma być otworzony szpital, w którym pomoc lekarską nieść będą wyłącznie lekarze kobiety. Projekt ten jednak napotyka na pewne trudności ze strony administracji, choć stolica Pruss posiada od pewnego czasu klinikę pod wyłącznym kierunkiem lekarzy kobiet.”

Właśnie wyobraziłem sobie sterylne, szpitalne sale, a w nich w białych kitlach lub też może kombinezonach same przedstawicielki płci pięknej, żadnego mężczyzny… Czyżby okazało się, że to Niemcy są twórcami seksmisji?

Porzućmy te niedorzeczne domysły! Kolejny artykuł, pomimo że dziennikarz „Korespondenta” już w pierwszych słowach z pozoru przeczy moim pierwotnym założeniom, porusza kwestię racjonalnego dokonywania zakupów żywności, co w okresie przedświątecznym może być dla nas niejaką wskazówką:

„Jednym z przykładów naszej niezaradności jest sprowadzanie z daleka i przez to przepłacanie przedmiotów służących do zaspokajania naszych potrzeb, które jednak posiadamy u siebie lub z łatwością moglibyśmy je produkować. Pomiędzy innemi na przykład za minogi sprowadzane na post w znacznych ilościach z Warszawy płacimy od 3 do 15 kopiejek za sztukę, tymczasem ryba ta licznie pojawia się w Drwęcy, szczególnie koło Lubicza i sprzedaje się tam za bezcen. Potrzebaby więc tylko, aby nasze wiejskie w tamtych stronach gospodynie wzięły się za przyrządzanie ryby w sposób powszechnie znany, dla wysyłania minóg w baryłkach do Płocka.”

Gwoli wyjaśnienia minogi nie są rybami, tylko pierwotnymi kręgowcami zamieszkującymi zbiorniki wodne, wyglądają nieco obrzydliwie i pewnie dlatego były spożywane przez naszych przodków w wielkim poście, żeby ich sama, „nie narzucająca się” uroda skutecznie odstręczała od grzechu obżarstwa. Pozostając przy zagadnieniu racjonalizmu w żywieniu, pewien uczony Niemiec potraktował sprawę nad wyraz dosłownie i przeliczył człowieka jak mechanizm – ile i za ile trzeba do niego wrzucić, jak węgiel do parowego kotła, żeby działał… niczym nakręcana zabawka:

„Jaka jest wartość rzeczywista naszych mateyałów pokarmowych? Na to pytanie stara się odpowiedzieć König w „Zeitschrift Biologie”. Przyjąwszy normalne ceny głównych części składowych zawartych w naszych pokarmach, jako to białka, tłuszczu i materyj wyciągowych König przychodzi do wyników, że w gastronomii nie to ma wartość, co jest rzeczywiście warte, ale to, co się nam podoba. I tak König podaje teoretyczną (rzeczywistą) wartość polędwicy na 41 kopiejek za kilogr., kiedy cena targowa wynosi 48 kopiejek za kilogr., czyli za polędwicę płacimy więcej dla jej dobrego smaku, aniżeli jest warta ze względu na swą pożywność. Cena rzeczywista pośledniego mięsa wołowego jest znacznie wyższą od zwykłej ceny targowej. Oczywiście dla całkowitego spożytkowania pośledniego mięsa wołowego potrzebne są zdrowe i silne zęby i odpowiedniej siły organy trawienia. Dla prostej klassy ludzi zdrowych i silnych mięso wołowe pośledniego gatunku jest pokarmem najtańszym w stosunku do jego wartości, a w szczególności daleko tańszem od tak ulubionej przez tę klassę wieprzowiny (90 kop. za kilogr.) Do bardzo zbytkownych pokarmów należy zwierzyna np. wartość rzeczywista zająca wynosi 43 kopiejki, zaś cena targowa 60 kopiejek. Do oszczędnych pokarmów zaliczyć należy śledzia, którego wartość rzeczywista (47 kopiejek za kilogr.) jest wyższa od ceny targowej (32 kopiejki za kilogr.). Uboga klassa żydowska żywi się racjonalniej, aniżeli uboga klassa chrześcijańska zajadająca suchą kiełbasę. Jaja i masło należą do zbytków, za to ser i mleko do najtańszych pokarmów.”

Uczony „bioekonomista” w swym zestawieniu zupełnie nie wziął pod uwagę, że człowiek – machina, aby mógł bezawaryjnie pracować, czasem musi się „naoliwić”, aby potem z kolei rozweselić, na co chyba całkiem niezły patent znaleźli mieszkańcy Hellady:

„W Grecyi na wielką skalę i jawnie odbywa się fabrykacya wina ze suchych rodzynków. Za pomocą kwiatów malwy nadaje się temu winu barwę czerwonych win francuzkich i smakosze wypijają tysiące beczek tego wina sprzedawanego jako „lekkie burgundzkie.”

Pozostając jeszcze chwilę w temacie zaopatrzenia, w szczególności na świąteczny stół, polecam Państwa uwadze niezwykle lakoniczną, bo zwyczajną w tamtych czasach, a dla nas wręcz sensacyjną informację:

„Łososie powracające na lato do źródeł Wisły, aby tam w żywych kryształach górskich weselne obchodzić gody, od kilku dni obficie pojawiają się pod Płockiem. Rybacy sprzedają piękne sztuki tej wykwintnej ryby funt po kopiejek 50.”

A na koniec pozostawiłem doniesienia o szczególnym rodzaju zaradności, tym razem wieść dotarła do Płocka ku naszej przestrodze z samej stolicy:

„Schwytano w Warszawie bandę szulerów, z których jeden już jest aresztowany. Grali oni kartami mechanicznemi, tak urządzonemi, że za pociśnięciem sprężynki szóstka na przykład zmieniała się na siódemkę. Aresztowany złożył 5 000 rubli kaucji i tymczasowo pozostawiony został na wolności.”

Doniesienia „Korespondenta” co rusz przekonują nas, że na tym polu ludzka pomysłowość i rzeczona „zaradność” nigdy nie znała granic. Swego rodzaju kuriozum jest kolejny artykuł, bowiem okazuje się, że fałszywe listy z firm windykacyjnych, niby to niezapłacone przez nas rachunki z horrendalnymi odsetkami, prośby o wsparcie materialne od nieistniejących fundacji itp. wcale nie są wynalazkiem naszych czasów:

„Od kilku tygodni spotykamy w okolicach Płocka, a nawet w samem mieście posłańców od Przełożonej P.P. Norbertanek czerwińskich z listami adresowanemi do zamożniejszych osób z podpisem „A. Zawadzka” lub „A. Lucieńska”. Listy te, z których niektóre bywają ogromnych rozmiarów, przepełnione są mnóstwem zwrotów patetycznych i mają na celu wyzyskiwanie zasiłków na koszta podróży zakonnic z Czerwińska do Obór przeznaczonych (chodzi tu o Sanktuarium Matki Boskiej w Oborach – obecnie woj. Kujawsko – Pomorskie, gmina Zbójno – przyp. aut.). Bardzo chwalebna jest litość czynna w niesieniu pomocy potrzebującym, ale dawanie po kilka rubli oszustom rozsiewającym fałszywe wieści uwłaczające niewinnym, Bogu, poświęconym istotom, oburza każdego człowieka. W celu zapobieżenia złemu, spieszymy z ostrzeżeniem łatwowiernych dobroczyńców, przede wszystkim uważamy sobie za obowiązek wyprowadzić ich z błędu, rozgłoszonego przez owych oszustów.”

W tym miejscu pora już zakończyć naszą podróż przez wieki. Jeżeli czasem nam się wydaje, że współczesny świat oszalał, pędzi na oślep w zawrotnym tempie i nieuchronnie ku zagładzie, to warto czasem poszeleścić sfatygowanymi szpaltami „Korespondenta Płockiego”; tu odetchniemy z ulgą, bowiem przekonamy się, że nasi przodkowie patrzyli na swoje czasy zupełnie tak samo.

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji