Ponownie przyszedł czas, aby wiekowa gazeta zdradziła nam swoje tajemnice. Czym 140 lat temu zajmowali się nasi „starożytni” płocczanie?

Jak to w życiu – pochłaniały ich sprawy lokalne, jak i te w wymiarze ogólnoświatowym; pracowali, załatwiali interesy, kochali się, rodzili i umierali, a także przechadzali się Grodzką, Tumską, Warszawską, Bielską – tymi samymi ulicami, którymi my wciąż podążamy. Nie zwlekając sprawdźmy, co też literalnie absorbowało naszych przodków w lutym 1878 roku.

Na początku tegoż miesiąca świat poruszyła wiadomość o śmierci papieża. Jego bogaty życiorys był jednocześnie znakiem tych czasów, obfitujących w doniosłe wydarzenia polityczne – Wiosnę Ludów, zjednoczenie Włoch i upadek świeckiego państwa kościelnego:

„Pius IX. W czwartek 7 lutego r.b. o godzinie 4ej minut 57 po południu świat katolicki osierocony został przez śmierć papieża, który najdłużej ze wszystkich papieży rządził kościołem. Jan Marya hrabia Ferretti urodził się 13 maja 1792 roku w Sinigagli w Państwie Kościelnem. W roku 1819 został wyświęcony jako kapłan, w roku 1823 papież Leon XII mianował go audytorem kardynałem Muzi do Chili (…) w roku 1827 wyniesiony został do godności arcybiskupa Spolety, a w pięć lat później przez Grzegorza XVI na taki urząd do Immoli. W 1840 został kardynałem. W dniu 1 maja 1845 roku zmarł papież Grzegorz XVI. Kardynał Martai Ferretti przybywa na konklawe i w dniu 16 tym tegoż miesiąca zostaje wybranym Głową Kościoła pod imieniem Pius IX. W 1848 roku nadaje Państwu Kościelnemu konstytucję. Pomimo jednak najczystszych pragnień dobra swych poddanych, napotyka mnóstwo trudności i przeciwności, tak iż w nocy z 24 na 25 listopada 1848 roku musiał uchodzić potajemnie z Rzymu, a w 1849 roku Zgromadzenie Narodowe orzeka usunięcie Papieża od rządów świeckich i ogłasza Rzeczpospolitą. Przy pomocy wojsk francuzkich obejmuje na powrót władzę w Rzymie i doń powraca w 1850 r. Naciskany przez mocarstwa europejskie i niektórych kardynałów cofnął reformy. Terytorium Państwa Kościelnego zaczęło się zmniejszać, a w 1860 roku pozostało jedynie Patrymonium S-to Petri, którego posiadanie Papież zawdzięczał jedynie okupacyi korpusu francuzkiego. W 1870 roku wojska włoskie zajęły Rzym i Papież utracił władzę świecką i zamknął się wśród Watykanu. Co do działań Piusa IX jako Głowy Kościoła dość przypomnieć dogmat Niepokalanego Poczęcia i kanonizaye wielu Świętych Pańskich. Pius IX umarł przeżywszy lat 86; kapłanem był od 59 lat; biskupem od 51; papieżem od 32.”

Pozostając przy zagadnieniach w wymiarze globalnym, w tym czasie trwała jeszcze wojna rosyjsko-turecka i mimo, iż toczyła się na Bałkanach, jej odgłosy docierały aż do Płocka. Popatrzcie Państwo, z jakim polotem i kurtuazją wybierając się na tę wojnę żegnał się na łamach „Korespondenta” niejaki Doktor Kurowski:

„Wyjeżdżając do armii czynnej nie mogę dla krótkości czasu osobiście pożegnać łaskawych dla mnie Przyjaciół i Znajomych i podziękować im za doznane względy, Temi krótkiemi słowami pozostaję więc w nadziei, że mnie Opatrzność powróci i pozwoli dalej nieść pomoc i usługę wszystkim, co mnie swym zaszczycali zaufaniem. Doktor Kurowski.”

Bliżej nie wiadomo, czy nasz lekarz rzucił się w otmęty wojny odpowiednio wyposażony w specjalistyczne instrumenty, które akurat w tym czasie w rubryce ogłoszeń oferowano po okazyjnej cenie. Ich wszechstronność, no cóż… bardziej może teraz wzbudzać nasze uzasadnione przerażenie, niż podziw dla umiejętności ówczesnych „Hipokratesów”:

„Narzędzia chirurgiczno-weterynaryjne zebrane w neseserze podróżnym, kompletne i nowe są do sprzedania za przystępną cenę. Obejrzeć je można w biurze redakcyi”.

Niewątpliwie właściciel takiej walizeczki w czasie zbrojnego konfliktu był jakby skrojony do określonych, militarnych formacji, chociażby jazdy konnej, był władny bowiem nieść sanitarną pomoc zarówno dzielnym wojakom, jak też ich zwierzętom… na tym samym stole operacyjnym. Pozostańmy jeszcze chwilę przy rubryce ogłoszeń. Oto moją uwagę przykuł taki właśnie anons:

„Młody literat mający zamiłowanie do kształcenia dzieci, obeznany z naukami i pedagogiką, chce być nauczycielem domowym, łaskawe oferty uprasza nadsyłać do Redakcyi.”

Nie pomnę teraz, aby nasza płocka ziemia wydała w tym czasie jakiś talent pisarski wysokich lotów, tak zatem albo młody korepetytor zdecydowanie przecenił swe zdolności, albo zastosował na wąskim rynku pracy zwykły chwyt marketingowy lub też zamiłowanie do kształcenia cudzych dzieci nie przyniosło spodziewanych profitów i jak to wtedy bywało, niedoszła gwiazda pióra, wstrząsana śmiertelnymi suchotami zbyt wcześnie zgasła na zawsze na tym smutnym łez padole.

Porzućmy jednak w tym miejscu te pewnie funta kłaków nie warte scenariusze. 140 czterdzieści lat temu wciąż trwał karnawał, stąd też w prasie pojawiały się takie zaproszenia jak poniżej, a zasobniejsi płocczanie w domowym zaciszu poważnie rozważali, czy nie skorzystać z możliwości odwiedzenia nie tak przecież odległego miasta Kopernika:

„W dniu 26 lutego r.b. odbędzie się w Toruniu na Sali teatru miejskiego bal, na który podpisami gospodarze uprzejmie zapraszają – E Domimirski z Łysomic, B. Kossowski z Gajewa, Adam Hrabia Sierakowski z Waplewa, K. Śląski z Orłowa. Osobnych zaproszeń nie rozsyła się.”

Oczywiście karnawał to nie tylko bale i reduty; można przecież oddawać się uciechom duszy, chociażby w teatrze, ale w godziwych warunkach, nie zagrażających zachowaniu w całości przywdzianych szat, ażeby król nie okazał się nagi. O to w zwięzłej notce dopominał się „Korespondent”:

„Zwracamy uwagę Zarządu naszego teatru na potrzebę lepszego wkręcenia lub przypiłowania śrubek przytwierdzających numera krzeseł, gdyż takowe bez litości drą ubrania widzów.”

Powszechną, dziewiętnastowieczną rozrywką były gry karciane, którym w trakcie spotkań towarzyskich oddawano się bez reszty, czasami kompletnie zapominając o bożym świecie; w karty przegrywano konie z rzędem, kamienice, fabryki i całe majątki. Nic zatem dziwnego, iż w pewnym momencie uznano, że przekraczanie umiaru w tej zabawie jest wielce naganne i wbrew dobrym manierom. Tymczasem ni stąd, ni zowąd zupełnie niespodziewany cios, przesączony dziegciem drwiny, przyszedł z samej Częstochowy; umiar umiarem, ale żeby zarzucać nam, salonowym tygrysom całkowitą abstynencję i jakieś śluby wstrzemięźliwości? Toż to jawna potwarz!:

„Z Częstochowy piszą do nas: Zdziwi Was zapewne, że z tak daleka dolatuje do was echo współczucia dla starodawnego waszego grodu. Pobudziła nas do wystąpienia tego wiadomość z numeru 3-go „Nowin”, że w Płocku młodzież postanowiła karty wyrzucić z zakresu rozrywek i wiele osób z innych sfer pociągnęła za sobą. Zapewne w każdym zakątku kraju przyklaśnięto temu postanowieniu? Cześć ci, szlachetna młodzieży. Oby krok twój był początkiem wyleczenia społeczeństwa z tej obrzydłej, a tyle rozpowszechnionej choroby.
Mowa tu zapewne o młodzieży, wśród której nie słyszeliśmy o tak pocieszającym objawie, lecz o ciele obrończem, o inteligentniejszych naszych prawnikach, którzy urządzili kolejne tygodniowe u siebie zebrania, odznaczające się nade wszystko tem, że gra w karty ustąpiła miejsca ożywionej gawędzie i rozumnej dyskusji.”

W obecnych czasach w związku rozwojem techniki wielokrotnie narzekamy na wszechobecną inwigilację, w cyberprzestrzeni czujemy się jak szczury w labiryncie pod nieustanną obserwacją Wielkiego Brata. Tymczasem w lutym 1878 roku w każdym numerze „Korespondenta” zaczęły się ukazywać intrygujące notatki, które nie wiadomo komu i czemu miały służyć:

„Przyjechali do Płocka w dniu wczorajszym: Hotel Warszawski: F. Flatko – obywatel z Mierzynka, Arscheniewski – radca dworu z Petersburga, W. Gujski – urzędnik z Lipna, N. Korngold – kupiec z Frankfurtu, Olszewski – obywatel ze Skempego, Strzeszewski – obywatel z Ciućkowa. Hotel Poznański: I. Rościszewski – obywatel z Brzeźna, I. Boguszewski – urzędnik z Lipna, D. Frenkel – kupiec z Gombina, Helena Różycka – obywatelka z Podlecka”

I jedź tu człowieku w niezobowiązującą delegację! W takich warunkach każdy, nie tylko miłosny zamiar może sromotnie spalić na panewce. Z przykrością stwierdzam, że tu żeście pradziadowie mocno naruszyli granice ludzkiej prywatności i dobrego smaku. Paparazzi od siedmiu boleści… Dobrze przynajmniej, że „Korespondent” oprócz wrednej inwigilacji miejscowych hoteli, zdał również relację z iście dantejskich scen, jakie rozegrały się pewnego razu na jednej z ulic. Oto w morderczym uścisku zwarli się dwaj Aniołowie, ale nie Pańscy, inaczej rzecz ujmując administratorzy, czyli stróże… bynajmniej nie prawa:

„We środę około 4 ej po południu, na ulicy Więziennej pobiło się dwóch stróżów. Nie rzadko to się zdarza zapewne, ale co dziwne, żeby podczas 20 minutowych krwawych tych zapasów, mimo przeraźliwych wrzasków, nie zjawił się choć na pokaz z jeden stróż bezpieczeństwa publicznego. Przechodnie co prawda stawali gromadnie, nikt jednak nie czuł się w obowiązku rozdzielić walczących, aż widok krwią zlanej twarzy opamiętał ich trochę. Chodniki i okna zapchane były widzami, a zwłaszcza piękna płeć nasza z taką ciekawością śledziła postępy walki śmiechem i dowcipami zagrzewając tych rycerzy miotły do wytrwania, że mimowoli przyszły nam na myśl też same wietrzne istoty w innych okolicznościach tak czule litujące się nad wszystkiem, a tutaj cieszące się smutnem widowiskiem. Czemu to przypisać?”

Wiekowa gazeta nie poskąpiła również nowinek i gospodarskich patentów. Tu natrafiłem na sprawdzony sposób przeciwko szkodnikom:

„Gliceryna ma być doskonałą trucizną na szczury. Gospodarz pewien, któremu flaszeczka z gliceryną w kuchni się wylała, znalazł tam na drugi dzień zdechłego szczura, w skutek czego kazał robić pigułki z gliceryny i mąki żytniej z dodatkiem cokolwiek cukru i pokładł je we wszystkie dziury szczurze, jakoż też w sklepie i na spichrzu. Pigułki te zostały zjedzone i znaleziono kilka zdechłych szczurów; odtąd się ani jeden szczur nie pokazał.”

Nie wiadomo, czy w sprawie tych praktyk szczury wydały oświadczenie, niemniej jednak z pewnością miały wiele do powiedzenia za oceanem, gdzie właśnie nowe zastosowanie znalazł poczciwy papier:

„W Ameryce robią z papieru nie tylko beczki do przewozu mąki, owoców i.t.d. lecz w najnowszym czasie używają także papieru do budowli domów. Fabryka w Wiskonsin produkuje obecnie 16 tonów papieru na budowlę w formie grubej i twardej papy, która zwija się w rolach od 12 do 40 kilogramów i zazwyczaj jest szeroką 84 centymetry. Jako zły przewodnik ciepła, utrzymuje papier zimą ciepło, a latem chłodno. Używane przy fabrykacyi ogromne ciśnienie i gruby pokost udzielają papierowi długiej trwałości. Komin fabryczny z papieru znajduje się podobno w Wrocławiu i okazał się praktycznym.”

Jeszcze jedna, sensacyjna wiadomość, tym razem z życia wyższych sfer przyszła z Wysp Brytyjskich. Skonfudowane Imperium długo nie mogło się otrząsnąć po doznanym szoku:

„Słynny tegoczesny lekarz angielski, znany pod imieniem James Barry, służył przez lat niemal czterdzieści w armii Wielkobrytyjskiej; miał nawet w tym czasie zostać generalnym inspektorem lekarskim sił zbrojnych Anglii, gdy parę tygodni temu śmierć dopiero przerwała pasmo dni zasłużonego tego człowieka. Po śmierci jednak uczonego i zdolnego chirurga uczucie żalu w sercach kolegów ustąpiło miejsce nadzwyczajnemu zadziwieniu, a nawet – przyznać niestety trzeba pewnemu upokorzeniu; doktor James Barry była kobietą!”

I co z tego? Kopernik też była kobietą i nikt z tego powodu tu na Wisłą afery nie robi. Moja relacja z przeglądu „Korespondenta” nie byłaby kompletna, gdybym nie zajrzał do rubryki kryminalnej, Na początek sprawdzimy, jak macki zbrodni zawładnęły pewnym miasteczkiem carskiego imperium:

„W jednym z dni listopada przedstawiono w biurze policyjnym w Tyflisie fałszywy papierek 25 rublowy, którym chciał płacić posługacz z ormiańskiego Oropyńskiego klasztoru. Nazajutrz klasztor ten został otoczony przez wojska, zrobiono poszukiwania i znaleziono, co następuje: w roku 1876 niejaki Jemielianów i Ormianin Konstan porozumiawszy się z opatem klasztoru Owakimem przenieśli z Tyflisu maszyny do robienia biletów bankowych 3- rublowych i 25 rublowych. Na kilka dni przed zrobieniem odkrycia chciał Jemielianów upuścić klasztor, został jednak przez mnichów zamordowany i skryty na cmentarzu klasztornym. W klasztorze znaleziono prócz rzeczonych maszyn, mnóstwo fałszywych biletów i materyał do ich wyrabiania. Opat Owakim zaraz na pierwszym śledztwie przyznał się do winy i dostarczył wiele biletów. Partyarcha Ormiański uznał opata i wszystkich zakonników tego klasztoru za pozbawionych godności duchownej i oddał ich sądowi świeckiemu.”

Teraz z kolei przedstawię sprawę z naszego podwórka, ale zupełnie innego kalibru. Barwny język dziennikarskiej narracji przydaje opisowi zdarzenia dodatkowych walorów:

„W tych dniach do domu jednego z urzędników sądowych w przedobiedniej porze wszedł druciarz ze zwykłą na ustach piosenką – „garnki drutować, rądle pobielać!” Na głos jednak jego nikt nie odpowiedział. Rozgląda się dokoła wędrowny rzemieślnik i widzi porozstawiane na gorącej blasze naczynia różne, z których wydzielająca się para drażni jego powonienie. Pokusa była tym silniejsza, że góral nie tylko od rana nic nie miał w ustach, ale nawet tracił już nadzieję na zarobienie na ladajaki kęs chleba. Pomiędzy naczyniami szczególniej zwracał na siebie uwagę wielki rądel, w którym dusiła się wspaniała pieczeń – czymże jest siła woli ludzkiej w porównaniu z potęgą głodu? Druciarz uległ pokusie, ujął rądel w drżące ze wzruszenia dłonie, nakrył go krajem i z kuchni wyszedł. Gdy przyszła kolej podać do stołu pieczeń, wielkie powstało w domu zamieszanie, zły humor pana, zmartwienie pani i przerażenie kucharki. Sposobu ulotnienia się pieczeni nikt odgadnąć nie mógł. Na drugi dzień dopiero zjawia się druciarz, a w schylonej postawie łatwo było poznać skruszonego grzesznika. Z próżnym rądlem w ręku, ale tak wybielonym, że mógłby służyć za zwierciadło staje przed sędziną i bijąc się w piersi wyznaje w pokorze, że pieczeń on zabrał, jednak nie jako złodziej, a jako głodny i w zamian wybielił rądel „gaździnie” tak pięknie i srebrzyście, że jeszcze nigdy żadna księżniczka tak wybielonego rądla nie miała. Domyślacie się czytelnicy, że wina została mu darowaną, a nadto dobrotliwie udzielony był morał, aby na przyszłość zaniechał za tę cenę rądle bielić, gdyż mogłoby go to narazić do zbyt trudnego oczyszczenia się samemu przed sądem, który pewnie nie uwzględniłby ani potęgi głodu, ani samowolnej wymiany pracy na kapitał.”

I tak dzięki nadwątlonym zębem czasu szpaltom „Korespondenta” dowiedzieliśmy się, że w dziewiętnastowiecznym Płocku nie święci lepili ganki, tylko powstałe w nich dziury łatali górale i bynajmniej nie byli to mieszkańcy lewobrzeżnej dzielnicy miasta. Jestem przekonany, że nasza gazeta ma w zanadrzu jeszcze niejedną, fascynującą opowieść.

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji