Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Znów nasza podróż w czasie zapowiada się niezwykle interesująco; poznamy nie tylko wieści o dynamicznie rozwijającej się miejskiej infrastrukturze, ale również dowiemy się o kolejnej, brawurowej ucieczce z płockiego więzienia, tajemniczych zbrodniach i odnajdujących się przypadkiem nieboszczykach, sławnym, miejscowym malarzu, tumskich źródłach… i kaczce – fakirze, która sama przyrządziła się „na ostro”!

Na pewno jesteście już Państwo ciekawi, czymże zajmowały i ekscytowały naszych przodków pachnące jeszcze farbą, zupełnie świeżutkie wydania Korespondenta Płockiego półtora wieku temu w długie, październikowe wieczory. Tym razem również nie obyło się bez spraw zupełnie codziennych, jak też i sensacji.

Znów nasza podróż w czasie zapowiada się niezwykle interesująco; poznamy nie tylko wieści o dynamicznie rozwijającej się miejskiej infrastrukturze, ale również dowiemy się o kolejnej, brawurowej ucieczce z płockiego więzienia, tajemniczych zbrodniach i odnajdujących się przypadkiem nieboszczykach, sławnym, miejscowym malarzu, tumskich źródłach… i kaczce – fakirze, która sama przyrządziła się „na ostro”! Nasze peregrynacje rozpocznijmy jednakże od niezwykle romantycznego opisu przyrody:

„Od niedzieli dopiero rozpoczęło się lato b…e! Przepraszam, lato damskie. Wystąpiło ono wśród słonecznego światła i ciepła, strojne w srebrzyste sploty pajęcze, w złocistą szatę liści jesiennych, niby piękność w dogorywającej młodości, ukazująca się oczom zachwyconej rzeszy, po raz ostatni przed złożeniem berła królowej. Radość to wielka nie tylko dla lubowników piękna natury, ale co ważniejsze dla rolników, którzy nareszcie będą mogli dokończyć kopania kartofli i wziąć się do podorywek jesiennych.”

W tym miejscu należy się niewątpliwie hołd redaktorowi gazety, bo który z naszych współczesnych synoptyków potrafi tak plastycznie namalować słowami złotą, polską jesień? Od dawna trapi mnie myśl, że niedługo znów przyjdzie nam się uczyć poprawnej polszczyzny ze starych, dawno zapomnianych ksiąg. Tymczasem redaktor Korespondenta miał również do zrelacjonowania zagadnienia istotne, ważkie i szczególnie frapujące mieszkańców Płocka:

„Wodociągi płockie. Dowiadujemy się, że projekt wodociągów w mieście naszem, dawniej już przez Rząd Gubernialny miejscowy wypracowany i do zatwierdzenia wyższej Władzy przedstawiony, obecnie został zwrócony z Ministeryum z poleceniem uzupełnienia go jeszcze pewnymi objaśnieniami, dostarczenie których poruczone zostało Magistratowi. – Więc jednak projekt założenia wodociągów nie śpi, lecz płynie ciągle naprzód.”

A tymczasem w naszym grodzie popłynęła również sama woda, jeszcze tradycyjną metodą, co i tak było znaczącym udogodnieniem i niepomiernie uradowało mieszkańców. Z notatki możemy uzyskać trochę informacji na temat usytuowania tzw. „lewków” – źródeł bijących u stóp Wzgórza Tumskiego, skąd czerpano wodę pitną i które najstarsi płocczanie czasem jeszcze wspominają, ale dziś w zasadzie nie wiemy, gdzie dokładnie się znajdowały:

„Wodotrysk naturalny w Płocku. Miasto nasze zyskało w tych dniach nowe ulepszenie. Spod góry, na której się wznosi kościół Tumski, od strony bulwarku nad Wisłą, z dawnych czasów wypływało kilkoma odnogami dosyć obfite w wodę źródło, z powodu jednak niekorzystnego przystępu, nie korzystano z niego. Obecnie źródła ujęte zostały za pośrednictwem rur cementowych, przy nich wymurowano ścianę parapetową i otworem zrobionym w niej wypływa bezprzestannie silny strumień wody. Przy ścianie uczyniono rezerwuar, z którego zbywające wody odpływają podziemnemi rurami do Wisły. Źródło zawiera w sobie wiele części żelaza, spodziewamy się przeto, że który z panów lekarzy pośpieszy z dokonaniem chemicznego rozbioru i o własnościach wody objaśni publiczność. Dowiadujemy się również, iż źródło św. Zygmunta, znajdujące się koło Katedry w podobny sposób urządzone zostanie, ale w miejscu dogodniejszem, bowiem w blizkości ulicy Mostowej. W mieście naszem, gdzie pozbawieni jesteśmy zdrowej wody, uporządkowanie dwóch tych źródeł stanowić będzie ważną dogodność dla mieszkańców.”

Wodą zajmowano się w tym czasie również w skali makro. Oto w Korespondencie znajdujemy również notatkę świadczącą o wielkim planie cesarskiej, najwyższej władzy dotyczącej królowej polskich rzek, polegającego na jej regulacji. Czy muszę wspominać, że nie obowiązywał jeszcze wtedy program Natura 2000?:

„Roboty na Wiśle, czyli studya mające na celu dostarczenie danych do wygotowania projektu ustalenia brzegów koryta tej rzeki już ukończone zostały na całej jej długości od granicy austriackiej do pruskiej. Inżynierowie tą czynnością się zajmujący w tych dniach powracają jedni do Warszawy, inni do Petersburga.”

Modernizowano nie tylko drogi wodne, nie mniejszą uwagę poświęcano, choć czasem z opłakanym skutkiem połączeniom lądowym. Poniżej przytoczyłem notatkę o newralgicznym naonczas dla Płocka trakcie do Kutna, gdzie wtedy jak Państwo pamiętacie, znajdował się najbliższy naszemu miastu dworzec kolejowy:

„Droga bita płocko – kutnowska pomiędzy Łąckiem a Gostyninem trudna jest ostatnio do przebycia z powodu nowo rozsypanego kamienia tłuczonego. Dziwimy się dlaczego walec do ugniatania kamienia pod Gostyninem leżący, spokojnie ciągle spoczywa, zamiast być zajęty do doprowadzenia szossy do stanu dozwalającego po niej jeździć, bez zabijania koni. Musimy tu oddać sprawiedliwość omnibusom płockim, iż pomimo tak strasznej przeprawy odstawiają podróżnych do Kutna z punktualnością Kolei Żelaznej; ale biedne ich konie ile na tem cierpią!”

Litując się nad uciemiężonymi czworonogami, porzućmy już opisy rozwijającej się infrastruktury w XIX – wiecznym Płocku i jego okolicy – czas więcej miejsca poświęcić sprawom pomiędzy ludźmi. Oto na Krymie trwała wojna, zbierając coraz bardziej krwawe żniwo, w szpitalach w całym kraju przybywało rannych. Lekarze coraz częściej „łapali” nadgodziny. Czy narzekali na swój los? Nie, cierpliwie czekali na rozporządzenie najwyższej instancji:

„Najjaśniejszy Pan raczył zezwolić na pełnienie służby przez ordynatorów cywilnych lub wolno praktykujących lekarzy (…) dla dopełnienia etatowej liczby ordynatorów w stałych szpitalach, w których powiększoną została czasowo liczba łóżek z powodu włączenia chorych z czynnej armii, licząc po 60 łóżek na jednego lekarza, z wypłatą pensyi tym lekarzom po rubli 100 miesięcznie stosownie do punktu IV rozkazu do zarządu wojennego z roku 1876 nr 419”

Lecz gdzie Krym… a gdzie Kaukaz? Chociaż ten ostatni usadowił się zupełnie niedaleko, na płockiej ulicy o potwierdzonych, średniowiecznych tradycjach:

„Magazyn Kaukazki – Zawiadamiam niniejszem Szanowną Publiczność miasta Płocka i okolic, że w przejeździe na krótki czas przy Grodzkiej w domu Pana Lewinsohna otworzyłem sprzedaż wyborowych materyi jedwabnych perskich w różnych kolorach, gotowych ubrań atłasowych i szlafroków oraz kaukaskich sreber po nader umiarkowanych cenach. Magazyn otwarty od godziny 9-ej do 8-ej wieczorem.”

Tyle tylko, że w październikowe dni lepiej nie włóczyć się późną porą po mieście, a tym bardziej po okolicy, można bowiem paść ofiarą okrutnej zbrodni, a przecież każde dziecko też wie, że wtedy nastaje czas upiorów, tymczasem nieboszczycy potrafią w przerażający sposób „zmaterializować” się niemal na naszych oczach:

„Z gminy Święcice piszą nam, że w lesie do dóbr Główczyn należącym, znaleziono zwłoki człowieka, noszącego na sobie niewątpliwie znaki morderstwa. W zabitym poznano Ar. Beer Grundbauma, mieszkańca Płocka, który od dnia 25 z.m. opuścił miasto i beż śladu a wieści zaginął. Energiczne poszukiwania sprawcy tej zbrodni dotąd nie wykryły.”

Kolejny nieboszczyk był natomiast ze wszech miar nietypowy, a skoro już mowa o miarach – „półkwaterka” było to w przybliżeniu niecałe pół litra cieczy…:

„W Rembowie wielkiej wsi koronnej, położonej pod Wyszogrodem osobliwy w zeszły wtorek stanął zakład pod gościnnym dachem miejscowej karczmy pomiędzy pewnym rzemieślnikiem, a jednym z tamtejszych gospodarzy. Rzemieślnik założył się, że wypije 9 półkwaterków wódki – jeden po drugim. Nieszczęśliwy! wygrał zakład, ale ostatnią, wychyloną miarkę przypłacił życiem. Śmierć była natychmiastowa i żadne udzielone środki przywrócić go do życia nie zdołały.”

Nie wiadomo było natomiast w jakich okolicznościach – równie beztroskich, czy też tragicznych, raczył zejść z tego „łez padołu” następny umarlak:

„Z mławskiego donoszą nam o wykryciu śladów jakiejś zapewne tajemniczej zbrodni. We wsi Dębsku włościanin miejscowy Jan Chyliński poprawiając i rozszerzając dół do kartofli, natrafił rydlem na czaszkę, część kości ludzkich i szczękę dolną z zębami. Nie wiemy, czy miejscowa władza sądowa, co było jej obowiązkiem, wezwała którego z lekarzy jako speyalistę dla oznaczenia choć w przybliżeniu, ile te kości w ziemi spoczywały, czy nie noszą śladów zabójstwa i.t.p. Ciekawi bylibyśmy wiedzieć, jakie pod względem pochodzenia tych zwłok krążą wśród ludu zdania i wieści.”

Tak zatem, jak sugerował Korespondent – w tym przypadku należało przeprowadzić gruntowne dochodzenie – zresztą podobnie jak w sprawie karygodnej, kolejnej już ucieczki aresztantów z płockiego więzienia:

“Ucieczka. Dnia 9 na 10 b.m. podczas dżdżystej i ciemnej nocy z miejscowego domu badań dwóch więźniów zdołało zbiedz w sposób, który dowiódł niepospolitej z ich strony zręczności i przebiegłości. Jan Tułodziecki z Dobrzynia i Antoni Jaworski z Sokołowa osadzeni zostali pod zarzutem kradzieży zboża.(…) Dnia 10 b.m. rano ze zdziwieniem trudnem do opisania stwierdzono zamek w drzwiach otworzony i celę opustoszoną. Staranne poszukiwania w gmachu więziennym zdołały wykryć ślady tej śmiałej ucieczki. Więźniowie najpierw wyłamali zamek od sztaby żelaznej, znajdujący z zewnątrz celi, a wyszedłszy na korytarz, dostali się po schodach na poddasze, od którego drzwi znów siłą wysadzili. Wszystkiego tego z taką zręcznością dokonali i tak cicho, że pomimo licznej i czujnej straży, szelestem nawet uwagi na siebie nie zwrócili. Na poddaszu uwiązawszy sznur od bielizny u okna szczytowego od ulicy Płońskiej, spuścili się po nim na podwórze więzienne. Zbiegowie zbliżyli się do muru otaczającego, a mającego około 8 stóp wysokości. W bliskości stała budka strażnicza w dzień zajęta, lecz na noc opuszczona. Więźniowie tę budowlę przenośną przystawili do muru, a dostawszy się tym sposobem na grzbiet muru, zeskoczyli na ulicę i zniknęli bez śladu. Śledztwo i poszukiwania energicznie się prowadzą, należy się więc spodziewać, że niebezpieczni zbiegowie wkrótce już ujęci zostaną.”

Pewnie przekonani jesteście Państwo, że ówcześni skazańcy siedzieli w naszym „zamczysku” o spleśniałej kromce chleba i zatęchłej wodzie, zdani na dobrą wolę strażników. Nic bardziej mylnego, carska władza o wszystko zadbała, o czym przekonuje wynik pewnego XIX – wiecznego przetargu:

„W dniu wczorajszym w sali posiedzeń Rządu Gubernialnego, odbytą została licytacja na dostawę żywności dla aresztantów więzienia płockiego na rok przyszły 1878. Norma wynagrodzenia na wyżywienie dzienne więźnia, na podstawie obecnych cen produktów oznaczoną została na kopiejek 12. Do licytacji stanęło 27 konkurentów i po dosyć żywym przetargu in minus ostatecznie przy dostawie żywności utrzymał się Icek Altman, starozakonny, mieszkaniec Płocka, zobowiązawszy się do karmienia więźniów za cenę 9 kopiejek od osoby.”

Czy 9 kopiejek wyznaczało głodową rację, czy też dało się na tym wikcie jakoś przetrwać? Okazuje się, że w tych czasach skromny obiad bez wyszynku mógł kosztować 3 – 5 kopiejek, pół kilo razowego chleba – 4 kopiejki, kilogram ziemniaków – 1 kopiejkę, a niewykwalifikowany robotnik zarabiał dziennie około 55 kopiejek… Minęło półtora wieku, w tym czasie stworzyliśmy system ubezpieczeń zdrowotnych, na który miesiąc w miesiąc ze swych zarobków płacimy składki i jeżeli zdarzy nam się być pacjentem publicznego szpitala… to pewnie z trudem „przejemy” dzienną normę za całe 5 złotych! A na koniec bardzo ważna wskazówka – gdybyście chcieli Państwo za tę kwotę w publicznej placówce zdrowia zaszaleć, zaordynować sobie coś wykwintnego, niech was przypadkiem nie pokusi na jakąkolwiek potrawę z kaczki, bo skutki łakomstwa mogą być zgoła opłakane:

„Co może pomieścić żołądek kaczki? Przed niedawnym czasem w kuchni pewnego mieszkańca w Neisse, jak donosi „Gospodarz toruński”, zabito kaczkę kupioną na targu tego samego dnia; kaczka wyglądała zdrowo i była dostatecznie tłustą. Przy rozbieraniu jej dostrzeżono na zewnętrznej ścianie żołądka trzy ostre kolce. Po otworzeniu całkowitem żołądka, co dało się uskutecznić z niejaką trudnością, znaleziono wewnątrz 25 sztuk zgiętych, drucianych gwoździ, długich na dwa centimetry, jeden zwyczajny, mosiężny guzik od spodni, skorupkę porcelanową wielkości jednego centimetra kwadratowego i znaczną ilość piasku. Trzy z wzmiankowanych gwoździ przebiły na wskroś ścianę żołądka, reszta była w niej ostrzami utkwioną. Otwory w żołądku posiadały błękitnawo czarną barwę, pochodzącą prawdopodobnie od utleniania się żelaza, co też pozwala wnosić, że kaczka na długo przed zabiciem, połknęła tę niestrawną paszę.”

No przecież to była jakaś kaczka trojańska! Stąd jedynie słuszny wniosek, że koniecznie trzeba zwracać uwagę na to, jaki rodzaj drobiu wprowadzamy do własnego domu, bo życie z dnia na dzień może stać się nadzwyczaj ryzykowne.

W październiku 1877 roku Korespondent w każdym swym numerze drukował w odcinkach powieść domniemanego płocczanina Juliusza Verne pt. „Indye czarne”. Tymczasem całkiem realnie ujawnił swe talenty zupełnie nowy, sławny krajan:

„Malarz płocczanin. Od pewnego czasu czytujemy coraz częściej, po różnych pismach wzmianki pochlebne o młodym artyście malarzu panu Piwnickim ( z Gulbin w Rypińskiem) zaznaczające szybki i świetną przyszłość rokujący rozwój tego niepospolitego talentu. Obecnie na wystawie Kunstlerhaus w Wiedniu zwraca powszechną uwagę na siebie obraz jego przedstawiający: :Śmierć Żółkiewskiego pod Cecorą” Tem więcej mamy prawo liczyć na zaszczytną dla kraju przyszłość p. Piwnickiego, że warunki w jakich jego talent wyrósł i dojrzewa, są o wiele pomyślniejsze od tych, jakie zwykle młodości artystów towarzyszą. Pochodząc z zacnego i szanowanego powszechnie domu, posiadając dostatnie środki kształcenia się, uniknąć mógł szczęśliwie ciężkiej z losem walki, która najdzielniejsze dusze łamie częściej, niż je hartuje.”

Witold Piwnicki (1851-1932) – bo o nim tu właśnie mowa mimo, że pochodził spod Rypina, na pewno nie raz szlifował również płockie, gubernialne bruki. Zajmował się malarstwem batalistycznym i portretowym. W czasie, o którym traktuje powyższa, prasowa notatka, miał już za sobą studia w akademiach sztuk pięknych Monachium, Rzymu i Krakowa u Jana Matejki. Jednym z jego malarskich, niekwestionowanych sukcesów był właśnie ten opisywany w Korespondencie, monumentalny obraz, który dziś zyskał nazwę „Bitwa pod Cecorą 1620” i… wciąż możemy go podziwiać, jeżeli odwiedzimy Galerię Sztuki Polskiej XIX wieku Muzeum Narodowego, mieszczącą się w krakowskich Sukiennicach.

Ciekaw jestem, iluż to jeszcze wybitnych antenatów, o których najczęściej niezbyt wiele wiemy, spotkamy podczas eskapad po fascynującej przeszłości naszego grodu?

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji