Przyzwyczailiśmy się już do tego, że nasz sędziwy „Korespondent” jeszcze nas nie zawiódł – w czerwcu 1877 roku znowu sypnął informacjami, nowinkami doniesieniami, które czasem nas bawią, czasem rozczulają, a nawet budzą grozę. Tym razem zaabsorbują naszą uwagę „mołdawskie trójkąty”, „piwolubne” konie, mlekodajny fortepian, a nawet… Komuniści i złodzieje! Chyba nie warto zwlekać, przystąpmy razem do pasjonującej lektury.

Rozpoczniemy sielsko i delikatnie  – oto zapowiedź letniej kanikuły i związanych z nią uciech:

„Dowiadujemy się, że Zarząd Żeglugi Parowej na Wiśle zamierza dla płocczan urządzić wycieczkę popołudniową statkiem do jednej z piękniejszych miejscowości – w odleglejszych okolicach miasta naszego położonej. Wszelkie dalsze wyprawy zamiejskie są u nas utrudnione wygórowanemi cenami towarzystwa omnibusowo – dorożkarskiego, wycieczka więc statkiem, jako bardzo tania, udać by się powinna, a tym przyjemniejszą będzie, jeżeli przełamawszy w sobie wrodzoną nietowarzyskość, potrafimy wybrać się na tę wyprawę w kółkach, w jakich żyć i bawić się przywykliśmy.”

Tu redaktor „Korespondenta” nieco nas zaskoczył przypisując płocczanom wrodzoną gburowatość. Mnie jednakże zaintrygowała kolejna notatka odnosząca się do żeglugi wiślanej:

„Statkiem parowym w przeszły wtorek wyjechało z Płocka osób 72, w środę przyjechało osób 61.”

Czyżby podczas rejsów zdarzały się aż tak duże straty w ludziach? A może planowana wycieczka była tylko nieudolną próbą odbudowy nadszarpniętego licznymi ofiarami wizerunku firmy? Nie! To niemożliwe, przecież nikt przy zdrowych zmysłach nie podejmowałby się aż takiego ryzyka w piękny, czerwcowy dzień, choć tragedie na falach nieujarzmionej rzeki „chodziły po ludziach”:

„Kassyer tratew przepływających 5 b.m. pod Płockiem Abraham Szapiro udał się na most dla przepływających tratew otwarty, celem uiszczenia opłaty za nie. Dopełniwszy tego wsiadł ze swym retmanem do małej łódki zwanej retmanką, żeby powrócić na tratwy. Na nieszczęście w chwili odbijania źle kierowana łódeczka dostała się pod przód łyżwy mostu, gdzie silny prąd wody, przewrócił ją w jednej chwili jak drobną łupinę. Retman przytomny uchwycił się burty i został ocalony. Kassyer znikł w głębokich nurtach. Rzucono się natychmiast do ratunku, ale wszystkie usiłowania okazały się daremne; dwa razy jeszcze fale wyrzuciły nieszczęśliwego topielca, pociągając go niebawem w głąb wody. Silny prąd rzeki uniósł go zapewne daleko, gdyż mimo najstaranniejszych poszukiwań nie zdołano jeszcze ciała odnaleźć. Utopiony miał na sobie pugilares z pieniędzmi, dowodami i kwitami, który wraz z nim poszedł na dno rzeki.”

Ta dramatyczna relacja budzi jednakże pewne wątpliwości, bo wydaje się, że redaktor „Korespondenta” nie ustrzegł się troski dwojakiego rodzaju; między słowami można przypuszczać, że trwały tak samo intensywne poszukiwania ofiary, co jak to się teraz mówi – drogocennej, zawierającej różnorakie walory „saszety”…

Tymczasem życie obfitowało w dramaty nie tylko na wodzie, lecz również i na lądzie. Poniżej notatka traktująca o pewnym, osobliwym dla nas współczesnych zboczeniu:

„Jedną z najdotkliwszych ran społecznych jest mania samobójstw – wynik najczęściej zboczenia umysłowego. Z tej zapewne przyczyny przeszło 50 letnia kobieta Dzierzęcka ze wsi Wąsosze w gminie Mława zamierzyła odebrać sobie życie wieszając się na strychu. Przypadek zrządził, że wcześnie dostrzegła ją tam córka i szybkim ratunkiem zapobiegła wykonaniu samobójczego zamiaru.”

Nie chciałbym, ażebyście Państwo doszli do mylnego przekonania, że jedynie nad Płockiem w tym czasie zawisła chmura z gradem nieszczęść; zatem niejako dla równowagi przytoczę sprawozdanie z innych stron naszego kraju, które lotnym piórem naszego „starożytnego” dziennikarza zostało zobrazowane, jak istny Armagedon:

„Z Wielkiego Księstwa Poznańskiego donoszą nam o następującym wypadku – w dzień św. Trójcy w niedzielę w parafialnym kościele miasteczka Wrześni liczne tłumy pobożnych zgromadziły się dla wysłuchania nabożeństwa. W modlitwie pogrążeni nie zwrócili uwagi na ciemne chmur opony. Wkrótce szalona burza z całą siłą wybuchła – straszliwy ryk wyjącego wichru, szelest łamiących się gałęzi drzew, szum deszczu potoków, ogłuszający łoskot grzmotu tłumił śpiewy pobożnych i dźwięki poważne organów. Widnokrąg cały płonął od oślepiających błysków. Wtem rozległ się ogłuszający trzask… a po nim jeden straszliwy okrzyk rozbrzmiał pod sklepieniem świątyni – piorun uderzył w kościół! Niepodobna opisać zamieszania, jakie wskutek tego powstało! Piorun okropnem spustoszeniem znaczył ślady swego pochodu i jedną po drugiej zabijał ofiarę. Pięć osób wyniesiono martwych – trzydzieści ogłuszonych, Straszna ta i niespodziewana katastrofa żałobą kilka rodzin okryła, wszystkim smutne pozostawiając wrażenie.”

A skoro już opowiadamy wciąż o sprawach poważnych, to warto w tym miejscu wspomnieć co też się działo w polityce. A tu jak Państwo pamiętacie, ledwie kilka miesięcy temu najwyższa, carska władza wypowiedziała wojnę Turcji. Z tego też powodu „Korespondent” na pierwszych stronach informował, nie tylko o gorączkowych ruchach wojsk i rosyjskich, frontowych sukcesach, ale również o genialnych posunięciach ich zwierzchnika:

„Najjaśniejszy Pan w towarzystwie Ich Cesarskich Wysokości Następcy Tronu Cesarzewicza i Wielkiego Księcia Sergjusza Aleksandrowicza raczył wyjechać 2 czerwca o godzinie 11- ej wieczorem z Carskiego Sioła drogą żelazną warszawską do armii czynnej.”

Jednakże „Najjaśniejszy Pan” nie tylko w tym czasie poświęcił wypoczynek w luksusowym, letnim gniazdku i dostojnie przemieszczał się w przestrzeni po torach na wojnę; on także od czasu do czasu dobrotliwie poklepywał po plecach:

„Najjaśniejszy Pan oświadcza swe Najwyższe zadowolenie Gubernatorowi Płockiemu jenerał – majorowi baronowi Wrangel za pożyteczną działalność pod względem ściągania w powierzonej mu guberni dochodów Skarbowych i podatków stałych w 1876 roku.”

Splendor, jaki spływał na karki urzędników, działał najprawdopodobniej jak manna i LSD razem wzięte; ci bowiem prześcigali się w gorliwym służeniu ku pomyślności monarchii, a jak wynika z poniższego listu, byli też specjalistami w każdej dziedzinie. Skąd my to znamy? Przecież również dziś nie jest ważny wyuczony zawód, wykształcenie, staż, indywidualne zdolności, a tym bardziej dotychczasowe osiągnięcia; w zupełności wystarczy namaszczenie „Jaśnie Wielmożnego Pana”:

„Komunikuję wyjątek z listu jaki otrzymałem od jednego z Urzędników Rządu gubernialnego Warszawskiego – „dawno już myślano nad wynalezieniem środka zapobiegającego szkodom, jakie zrządza trzoda chlewna ryciem ogrodów, pól obsianych, łąk i plantacyj. Zaopatrywanie świń w przewleczone przez nozdrza kółka z grubego drutu lubo zapobiega ryciu ziemi, ale kaleczy zwierzę, a więc sprzeczne jest tu z interesami moralnemi i materyalnemi człowieka, obraża bowiem dobrze rozumianą litość wobec żywych stworzeń.(…) Ztąd też daleko racyonalniejszym jest środek zastosowany w Mołdawii. W celu uniemożliwienia rycia w ziemi nakłada się każdej sztuce trzody chlewnej na szyję przyrząd wykonany z mocnego drewna urządzony w ten sposób, iż przedstawia kształt trójkąta z przedłużonymi na zewnątrz bokami. Przyrząd ma tę własność, że gdy zwierzę nim zaopatrzone nachyli łeb ku ziemi dla rycia, jeden z wystających końców przyrządu zagłębia się w ziemię i przeszkadza nachyleniu ryja aż do poziomu gruntu. Sposób ten jest zalecony przez Jaśnie Wielmożnego Generał Gubernatora…”

Wszystko na to wskazuje, że najjaśniejsza władza w lot dostrzegła wszechstronne możliwości zastosowań „mołdawskich trójkątów”, nie ograniczając ich jedynie do świata zwierząt, skoro genialna w swej prostocie metoda skutecznie ograniczała dostęp każdego ryja do koryta i to bez względu na ewolucyjną hierarchię. W naszej gazecie nie znalazłem niestety wzmianki, czy urządzenie nosiło się pod ubraniem, czy też zakładało na marynarkę… ale może warto byłoby je dziś wyciągnąć z lamusa, choćby tylko tak – dla postrachu?

Jednakże w artykule pojawia się jeszcze jeden, nie mniej istotny wątek, a mianowicie troska o humanitarne traktowanie zwierząt, a że to zagadnienie traktowano z niezwykłą starannością, dobitnie potwierdza poniższe ogłoszenie:

„We wsi Wychódcu powiecie płońskim będą sprzedawane przez publiczną licytację wozy, pługi, brony, drapacze, sieczkarnie, bryczki, sanki, fortepian, lustro i inne gospodarskie sprzęty…”

Tak zatem zamiast instalować, jak to nakazuje dziś ustawa o ochronie zwierząt, specjalnych zabawek dla rozładowania stresu wieprzowiny, wystarczyło powiesić w chlewie lustro ku podniesieniu satysfakcji z niekwestionowanej atrakcyjności świńskiego ryjka. Nie inaczej działo się też w oborze, bo przecież teraz już doskonale wiemy, że krowy dają więcej mleka słuchając dobrej, klasycznej muzyki, a tu – proszę bardzo, live koncerty na fortepianie! Ileż jeszcze będziemy musieli się od naszych antenatów nauczyć?

Oczywiście nie zawsze pradziadowie wykazywali się tak daleko posuniętą odpowiedzialnością za los „braci mniejszych” i od czasu do czasu zdarzały im się niekontrolowane „wpadki”. Ot, chociażby pewien woźnica zapomniał, że konie trzeba napoić, te zatem poszły jak po swoje i… niekoniecznie po wodę:

„Przed jednym z piwodajnych zakładów w naszym mieście stała w ubiegły piątek bryka w parę koni zaprzężona, bez woźnicy – ten bowiem zesiadl z kozła, pozostawiając swe rumaki własnemu przemysłowi. Konie chcąc z tej wolności skorzystać, ruszyły z miejsca i widocznie spragnione, skierowały dyszlem prosto w okno altany pana Jędrzejewskiego  na Skwerze. Jednocześnie rozległ się krzyk konsumentów wody, mleka i kawy, przerażonych tym niespodziewanym wtargnięciem nieproszonych gości – i brzęk tłuczonej wielkiej szyby wartości 10 rubli. Właściciel koni szkodę podobno wynagrodził, woźnica jednak winien być surowo ukarany za swą nieostrożność i opuszczenie powierzonej mu furmanki; wypadek ten bowiem łatwo mógł wziąć obrót dramatyczny, gdyby dyszel skaleczył któregoś z siedzących obok okna gości.”

Tak zatem nie wszystko się udawało, zdarzały się nawet moralne i obyczajowe skandale. Pod koniec czerwca 1877 roku „Korespondent” donosił o pewnej osobliwej transakcji, której by pewnie mistrz Molier lepiej nie obmyślił:

„Oryginalny dokument zdarzyło nam się widzieć w tych czasach; był nim rewers następującej treści: „Ja niżej podpisany E.K. zobowiązuję się wypłacić Panu L.M. rubli 150, jeżeli małżeństwo moje z panną X.X. za jego staraniem dojdzie do skutku; w przeciwnym razie wypłata nie będzie miała miejsca.”

Widocznie młodzieniec ten nie ufając własnym siłom, dręczony niepewnością, czy mu się uda swoimi zalotami podbić serce panny, a następstwie uzyskać jej rękę i posag zapewne, udał się do pośrednika mojżeszowego wyznania, obiecując mu sute wynagrodzenie, jeśli ten zdoła doprowadzić go do kresu życzeń i nadziei. Fakt to wysoce niemoralny i zasmucający. Małżeństwo – ten święty i nierozerwalny związek dwóch serc czynić przedmiotem brudnych intryg, poniżających zabiegów i zysków, używać doń płatnego pomocnika, jak do zwykłego handlowego interesu – zaiste dowodzi to upadku moralnego i zupełnego braku uczuć szlachetniejszych.

Człowiek uciekający się do tak niskich środków, dla pozyskania towarzyszki życia, którą przedtem uczynił przedmiotem targów, daje sobie samemu świadectwo smutnej nędzy ducha i umysłu, poziomości dążeń i wyobrażeń. Znana jednak przenikliwość kobiet przypuszczać pozwala, że osoba będąca celem tak upokarzających układów, potrafi odgadnąć niegodny charakter starającego się o jej względy młodzieńca i udaremnić jego plany, z zasłużoną wzgardą odtrącając tak interesowne i nieszlachetne zabiegi.

Tymczasem następna relacja informowała o kolejnym, obyczajowym zagrożeniu, które bezceremonialnie pukało do drzwi płocczan i bezczelnie upominało się o swoje:

„Komunizm rozwija się w Płocku w sposób zatrważający – świadczą o tym coraz częstsze kradzieże, o których to dawniej prawie się nie słyszało w cnotliwym grodzie naszym. Między innemi szczególną zuchwałością wykazali się dwaj młodzi Żydzi, którzy dostali się przez otwarte okno domu Pani W. w ogrodzie Dominikańskim. Wynieśli już doniczki z kwiatami i zamierzali to samo uczynić z lichtarzami srebrnemi, gdy właścicielka znajdująca się w pokoju przyległym, weszła usłyszawszy szum niezwykły i spłoszyła sprawców.”

Jak nie komuniści, to złodzieje! Jak nie złodzieje, to Żydzi! Jeżeli ktoś miał do tej pory takie wrażenie, że pomysły aby zatrwożyć „ciemny lud” wyimaginowanym zagrożeniem – komuną, albo „żydokomuną”, anarchią, liberalizmem, satanizmem, „gender”, atakiem na fundamentalne wartości, upadkiem obyczajów i w ogóle cywilizacji, a w końcu samym nawet demokracją… są naszym rysem czasów, to proszę bardzo – ten patent funkcjonował z powodzeniem już pod koniec XIX wieku…

W tym miejscu nie podziękujemy naszym przodkom za rozpowszechnianie bezsensownego defetyzmu, który nadzwyczaj łatwo wpisał się w nasze chromosomy. O tempora! O mores! – powiedział Cyceron w 63 roku p.n.e. i tak w ślad za nim od tysiącleci każde pokolenie narzeka na upadek obyczajów, a kiedy jest już naprawdę źle, to stare przysłowie mówi – „Jak trwoga, to do Boga”… oczywiście ze świadectwami, potwierdzeniami i pozwoleniami:

„Kandydaci do Seminaryum Płockiego zgłosić się powinni do egzaminu dnia 3 lipca i powinni być zaopatrzeni w następujące dokumenty: metrykę urodzenia, świadectwo ukończenia przynajmniej 4 klas gimnazjalnych, pozwolenie rodziców lub opiekunów i świadectwo moralnego prowadzenia, które uczniowie powinni mieć od Prefekta, a inni kandydaci od proboszcza tej parafii, w której ostatnio zamieszkiwali.”

Czy zaopatrzyliście się już Państwo w świadectwo moralnego prowadzenia? Ja bym do ostatniej chwili nie zwlekał. Nie wiadomo, kiedy może się przydać – czasy teraz niepewne…

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji