Z pożółkłych szpalt Korespondenta Płockiego

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

„Przybór wód na Wiśle skutkiem wielkich deszczów stał się tak groźnym, że wczoraj most nasz rozebrać musiano obawiając się najprzód jego nadmiernego wzniesienia, a głównie szturmu obrywających się z kotwic tratew. Tych ostatnich nagromadziło się pomiędzy samym Płockiem a Zakroczymiem około stu. Oprócz ulewnych deszczy, sprowadzających najczęściej krótkotrwały przybór wody, w przeszły poniedziałek i wtorek silnie wiała „morka”, która zapewne spowoduje jeszcze większy wylew.”

Z czym kojarzy się nam miesiąc maj? Oczywiście z kwitnącymi kasztanowcami i bzem, dziećmi w odświętnych strojach maszerującymi do swej pierwszej komunii, a także maturami. Pewnie nie zaskoczę już Państwa informacją, że 140 lat temu nie było inaczej, a „Korespondent” skrupulatnie informował zarówno o kościelnych uroczystościach w katedrze, jak i egzaminie w „Gimnazyum Męskim”, który to przeprowadzono 19 maja. Jednakże ten piękny czas nie można było zaliczyć do najspokojniejszych. Oto przecież właśnie na wiosnę 1877 roku znaleźliśmy się w stanie wojny – jakiej? Rosyjsko – tureckiej, a z frontu za pośrednictwem telegrafu docierały gorączkowe, ale i szczegółowe depesze:

„Petersburg 15 maja. Parochód „Konstanty”, który wypłynął z Sewastopola 1b.m. około godziny 10-ej zbliżył się do Batumu i o siedm mil od brzegu wysłał 4 szalupy minowe, które turecką fregatę atakowały. Miny pomyślnie podłożone zostały, lecz nie wybuchły. Na fregacie i wybrzeżu powstał popłoch, rozpoczęto ogień. Dwie z szalup – „Czesna” i „Synopa” powróciły o świcie. Nie było zabitych, ani rannych. O dwóch pozostałych szalupach z parostatku „Konstanty” nie ma dotąd wieści.”

A w samym Płocku też nie było sielankowo, a „Korespondent” wciąż informował o niecodziennych, często dramatycznych wydarzeniach. Rozpocznijmy od tego, jak na taki stan rzeczy wpływała sama natura:

„Przybór wód na Wiśle skutkiem wielkich deszczów stał się tak groźnym, że wczoraj most nasz rozebrać musiano obawiając się najprzód jego nadmiernego wzniesienia, a głównie szturmu obrywających się z kotwic tratew. Tych ostatnich nagromadziło się pomiędzy samym Płockiem a Zakroczymiem około stu. Oprócz ulewnych deszczy, sprowadzających najczęściej krótkotrwały przybór wody, w przeszły poniedziałek i wtorek silnie wiała „morka”, która zapewne spowoduje jeszcze większy wylew.”

W XIX wieku nie znano jeszcze pojęcia „bezpieczeństwo i higiena pracy”, powiedzmy zatem, że kolejna, niebezpieczna sytuacja została sprokurowana na skutek ludzkiej nieostrożności:

„Niezabezpieczone brzegi nadwiślańskiego zbocza, tak często się osuwającego spowodowały nader dramatyczny wypadek, który o mało tragicznie się nie skończył. W ubiegłą Sobotę stróż teatralny, rozpaczliwym wołaniem o pomoc zwabiony, wybiegł na brzeg góry pomiędzy teatrem, a gmachem byłego trybunału. Okropny widok przedstawił się jego oczom; na środku stromej pochyłości nad Wisłą leżał wóz w parę koni zaprzężony, a jego właściciel uczepiwszy się krzaków, wzywał co prędzej ratunku. Wywożąc gruz i ziemię z ulicy Teatralnej, zbliżył się zanadto brzegu. Ziemia się oberwała, pociągając wóz za sobą. Stróż teatralny zbadawszy położenie rzeczy, z narażeniem życia dostał się na miejsce wypadku, lecz widząc, że nie może uratować koni odciął postronki, a konie wraz z wozem stoczyły się na bulwar. Wóz jest kompletnie rozbity, a konie tak pokaleczone, że zapewne nie będą już przydatne do roboty. Poszkodowany właściciel Jan Cywiński jest włościaninem ze wsi Podolszyce.”

Tymczasem istna tragedia rozegrała się w ówczesnym Hotelu Poznańskim – obecnie narożnej kamienicy u zbiegu ulic Bielskiej i Zduńskiej:

„W niedzielę rano o godzinie 4-ej głośny strzał przeraził mieszkańców Hotelu Poznańskiego, z których kilku kierując się słyszanym odgłosem, a następnie widokiem zmieszanego wojskowego weszło do pokoju przez niego dnia poprzedniego zajętego i tam ujrzało nieżywą już, krwią zbroczoną kobietę. Bliższe rozpatrzenie się w szczegółach strasznego tego obrazu, a następnie – badanie, wreszcie opinia lekarza wyświetliły tajemniczy ten dramat, który przypisać należy nieostrożnemu obejściu się z nabitym rewolwerem. W chwili bowiem, gdy młody człowiek nie mogąc dodzwonić się do służby hotelowej wyszedł z mieszkania na korytarz, kobieta ciekawością powodowana – oglądając broń, przez zbyt mocne naciśnięcie na cyngiel odwiodła ją i nacisnęła pomimowolnie, kula trafiła w czoło nad brwią, przebiła czaszkę i tylną jej częścią wyszła. Śmierć była natychmiastową.”

Chyba już czas najwyższy, żeby od tych płockich hekatomb nieco odetchnąć. Poświęćmy się zatem zadziwiającemu życiorysowi niezwyczajnego człowieka z gminu:

„Przykład długiego życia. Piszą nam znad Działdówki – „U mnie pracuje stelmach ( inaczej kołodziej – rzemieślnik zajmujący się wyrobem drewnianych wozów i sań – przyp. aut.) nazwiskiem Józef Szymański. Podczas wkroczenia do nas Prusaków miał wtedy lat 19, wziętym został do wojska pruskiego i w nim służył w regimencie Zielonki lat 13 – t.j. do wkroczenia Francuzów – wtedy stał załogą w Płocku. Gdy się Niemcy dowiedzieli, że Francuzi są w Radziwiu, ogromny ich ogarnął niepokój, lecz skoro zobaczyli Francuzów przeprawiających się wpław przez Wisłę, taka ich panika opanowała, że pozostawiwszy swoje bagaże w panice uciekli. Polacy zostali i połączyli się z Francuzami, którzy im jak opowiadał, tylko furażerki nowe dali i wspólnie dogoniwszy nieprzyjaciół koło Bieżunia tak ich pobili, że Niemców jak skorup na polu leżało. Wojaczkę swoją dociągnął aż do bitwy po Ulm; Z tego wynika, że Szymański ma lat 106; jest zdrów zupełnie, tylko trochę głuchy. Taki zasób siły, a z nią i życia rzadkim jest fenomenem, lecz jasno przekonywa, że praca, ruch, umiarkowane życie i spokojna głowa niewiele się martwiąca o marności światowe jest najskuteczniejszą prezerwatywą przeciw wszelkim dolegliwościom.”

Korespondencje od czytelników, którzy niezwykle chętnie dzielili się swymi obserwacjami wziętymi z życia, radami, a nawet nowinkami stanowiły niezwykle istotną część płockiej gazety. A skoro już trafiliśmy pod strzechy oto właśnie informacja o pomysłach zza miedzy:

„Od niedawnego czasu w Czechach i Saksonii przyrządzają szczególniej dla służby i najemników tzw. sery ziemniaczane, nadzwyczaj pożywne, a co do dobroci nie różniące się wiele od zwyczajnych krowich. Sposób ich przyrządzania jest następujący: na każdy garniec obranych, ugotowanych i utartych ziemniaków nalewa się 4 garnce zsiadłego mleka i dokładnie wygniata rękami. Masę tak otrzymaną pozostawia się przez tydzień aby sfermentowała, po upływie tego czasu oddziela się serwatkę od części stałych, wygniata, soli i pozostawia w workach serowych, prasuje. Wyjęte z prasy soli się po wierzchu i suszy na wolnem powietrzu. Sery tak przyrządzone przechowują się długo, jako pokarm stanowią bardzo tani, a pożywny dodatek dla czeladzi do chleba.”

Pomińmy w tym miejscu aspekt ekonomiczny, może ten przepis wart jest jakiejś reaktywacji, a jeśli ktoś kręciłby nosem, że to jedzenie niezbyt wykwintne, warto chyba też pamiętać, że ani włoska pizza, węgierskie leczo, czy też czeskie knedliki też na początku nie lądowały na pańskich stołach. A skoro już jesteśmy przy różnego rodzaju nowinkach, to w samym Płocku odbył się w tym czasie nadzwyczaj pouczający wykład:

„Odczyt dra Jędrzejewicza. Dnia 1 b.m. odbył się zapowiedziany odczyt „O elektryczności i jej zastosowaniach”. Na samym wstępie Szanowny prelegent przykładami wziętemi z życia praktycznego, starał się swych słuchaczów, przeważnie płci nadobnej, zaznajomić z najpierwszemi rezultatami badań przyrody, ostatnim wynikiem rozpatrywań filozoficznych nad jestestwem natury, a mianowicie z jednością i ekonomią sił w przyrodzie. Po tym wstępie zwrotem bardzo udatnym przeszedł do swego głównego przedmiotu; do elektryczności. Przyznajemy się otwarcie, że jakkolwiek prelegent dla nas osobiście nic nowego w tym temacie nie powiedział, to jednak praktycznością i przystępnością wykładu wywołał w nas zadowolenie, jakiego nie doznawaliśmy podczas wykładów znamienitych profesorów i powag fizyki; wątpię aby ktokolwiek ze słuchaczów nie pojął różnicy między elektrycznością dodatnią i ujemną, między elektrycznością statyczną i w ruchu będącą. Co się tyczy praktycznego zastosowania elektryczności Szanowny prelegent potrafił w krótkich wyrazach, ale nader jasno dla publiczności objaśnić mechaniczną siłę ruchu prądu elektrycznego, na podstawie której to siły wynalezione są magnesa, dzwonki i telegrafy elektryczne, a z drugiej strony jej siłę cząsteczkową, praktycznie zastosowaną do rozkładu ciał, galwanoplastyki, zapalania min i światła elektrycznego.”

Skoro podjęliśmy już zagadnienie życia kulturalnego płocczan to nie sposób pominąć również takiej oto notatki:

„Orkiestra niewieścia. Wybiera się podobno do nas towarzystwo francuzko – niemieckie śpiewaków z Eldorado warszawskiego; artyści ci odznaczają się szczególniej zdolnością do udawania kotów. Będzie to więc kocia muzyka – spytacie; nie – szanowni czytelnicy – lecz tylko bardzo dokładne podobno naśladowanie tej czarującej melodyi. Tymczasem od dwóch dni gości w mieście naszem kwartet złożony z dwóch skrzypiec, altówki i wiolonczeli – na których bardzo wprawnie smyczkiem władają trzy kobiety i jeden mężczyzna. Muzykalna ta rodzina z Czech przybyła grywa codziennie na sali w cukierni Semadeni’ego. Życzylibyśmy właścicielowi tegoż zakładu, aby zatrzymał tę orkiestrę niewieścią na czas dłuższy; będzie to istotne uprzyjemnienie chwil, schodzącej się na salę i do ogródka publiczności.”

Czy tylko ja odnoszę wrażenie, że mojemu „starożytnemu” koledze po fachu, który tak kontentował kwartet, bardziej zależało na miłych dla oka wrażeniach wizualnych, niż stricte muzycznych? Ale jak to się kiedyś mówiło, „Krew – nie woda”, a przecież wiadomo nie od dziś, że w maju niewieście powaby przyciągają męskie spojrzenia ze zwielokrotnioną siłą i nic na to nie poradzimy – tacy jesteśmy od wieków. A skoro już na mądrości życiowe zeszło, na sam koniec zostawiłem ciekawą „perełkę” na temat właściwego tylko dla mieszkańców Płocka przysłowia, które obecnie wyszło z użycia i pewnie nikt już o nim nie pamięta:

„Przysłowia są jedną z najważniejszych gałęzi literatury naszego ludu, Powodem ich utworzenia jest albo jakaś głęboka prawda moralna albo fakt historyczny, zostawiający głęboki ślad swego przejścia w pamięci ludu(..) Jednym z takich przysłów miejscowych w Płocku powstałych, a dzisiaj nawet jego mieszkańcom nieznanych jest wyrażenie „Tak blisko, jak święty Marcin Płocka”. Ażeby zrozumieć to przysłowie podane przez Hipolita Gawareckiego przy opisie kościołów płockich należy wiedzieć, iż na szossie prowadzącej do parowu o 15 staj od naszego miasta, a według podania w tem miejscu, gdzie teraz stoi wiatrak niedaleko od krzyża, do roku 1798 stał kościół pod wezwaniem św. Marcina. O tym kościółku Hipolit Gawarecki jedynie kilka słów wspomina, opierając się na rękopiśmie doktora Laurencjusza Wszerecz, opisującego Płock z roku 1603. Obszerniejszą o nim wiadomość znalazłem w wizycie odbytej 15 Czerwca 1776 roku z polecenia księcia Michała Poniatowskiego Biskupa Płockiego przez księdza Jana Pawła Jaxę Bykowskiego kanonika Katedry Płockiej. Pierwotna erekcja tego kościoła nie jest wiadomą, sięga jednak najpóźniej wieku XIII, skoro w roku 1322 na skutek zamiany pewnych wsi pomiędzy Najjaśniejszym Wacławem Książęciem Mazowieckim, a biskupem Floryanem i kapitułą katedralną, kolonia tegoż kościoła do kapituły należąca temuż książęciu Mazowieckiemu odstąpioną została.(…) Do tej właśnie świątyni zbierało się bardzo wiele ludzi – tak w dzień świętego Marcina, który był uroczyście z wystawieniem Najświętszego Sakramentu, kazaniem i procesyą obchodzony, jako też i w piątki poczynając od Wielkiejnocy aż do Zielonych świątek i te właśnie częste wycieczki były powodem utworzenia miejscowego przysłowia – „Tak blisko, jak święty Marcin Płocka.”

Tak zatem solidne odciski na stopach pobożnych, płockich pielgrzymów stały się przyczynkiem do powstania ludowej mądrości. Naszym pradziadom, którzy ukuli to porzekadło nie można też odmówić swary i wyczuwalnej w tak krótkim, co i trafnym stwierdzeniu szczypty ironii. Przeglądając pożółkłe szpalty „Korespondenta Płockiego” jeszcze nie raz napotkamy historyczną ciekawostkę, która solidnie nas zaskoczy. A kolejna „wycieczka w czasie” już niebawem, w każdym bądź razie nieporównywalnie bliżej niż… „święty Marcin Płocka”!

 

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji