Witold Zglenicki i jego sny o płynnym „czarnym złocie”

Kim są patroni płockich ulic?

REKLAMA

W zachodniej części naszego miasta, okrążając kompleks PKN ORLEN, wiedzie prosto w kierunku gminy Stara Biała ulica Witolda Zglenickiego. Już pobieżna obserwacja terenu wskazuje na to, że bynajmniej patron nie jest przypadkowy, skoro jego okazały monument umieszczono tuż przed wejściem do biurowca koncernu.

Ażeby prześledzić losy naszego bohatera, musimy cofnąć się w czasie aż do XIX wieku. 6 stycznia 1850 roku we wsi Wargawa Stara pod Witonią przyszedł na świat Witold Zglenicki. Rodzice Konstanty i Weronika byli posiadaczami majątku ziemskiego o powierzchni około 170 hektarów, a swe szlacheckie pochodzenie wywodzili z herbu Prus II, zwanym Wilczekosy.

Witold Zglenicki, fot. Wikipedia

W domu rodzinnym pielęgnowano polskie tradycje; na co dzień używano kontuszy i żupanów, jak również noszono szable przypięte u pasa. Zabiegano także o wszechstronne wykształcenie dzieci. Pierwszych nauk pisania i czytania udzielał ojciec, a kiedy Witold okazał się chłopcem nadzwyczaj zdolnym, w wieku 9 lat wysłano go do cieszącego się powszechną estymą i opinią szkoły utrzymującej wysoki poziom wykształcenia – Gimnazjum Gubernialnego w Płocku, czyli do naszej „Małachowianki”. Tu chłopiec pobierał nauki w latach 1859-1866, będąc jednym z najlepszych uczniów.

PowiązaneTematy

Doskonale radził sobie zarówno z naukami humanistycznymi, jak też matematycznymi, tym niemniej to właśnie przedmioty ścisłe darzył szczególną atencją, dlatego też pewnie zaraz po ukończeniu Gimnazjum nasz Małachowiak podjął studia w Szkole Głównej Warszawskiej na Wydziale Matematyczno-Fizycznym, którą bez jakichkolwiek trudności ukończył po czterech latach nauki. Tym samym zasilił liczne grono polskiej inteligencji – ludzi wykształconych, jednakże zgodnie z realiami tamtych czasów, zupełnie bez perspektyw na pozyskanie godziwego zatrudnienia.

Ażeby edukacyjny wysiłek nie poszedł na marne, trzeba było kontynuować naukę, najlepiej w jednej z renomowanych europejskich uczelni. Niewątpliwie do takich zaliczał się Instytut Górnictwa w Petersburgu, szczycący się wtedy najwyższym poziomem kształcenia na świecie. Studia trwały 5 lat, ale były wyjątkowo trudne, dlatego też rzadko kto kończył je w wyznaczonym terminie, tymczasem nasz płocczanin, do żywego zafascynowany tą dziedziną, szybko czynił postępy. Swymi osiągnięciami w nauce zwrócił uwagę sławnego, rosyjskiego chemika – Dmitrija Mendelejewa i z pierwszą lokatą w 1875 roku opuścił petersburską Alma Mater, stając się pełnoprawnym inżynierem w służbie Jej Cesarskiej Mości.

Za wybitne osiągnięcia w nauce mógł wybrać sobie swe miejsce pracy, oczywiście w obszarze carskiego imperium. Witold Zglenicki postanowił, że podejmie zatrudnienie w Mroczkowie koło Skarżyska-Kamiennej, w dawnym Staropolskim Zagłębiu Przemysłowym, gdzie znajdowała się kuźnica do wytopu żelaza.

Stara, zaniedbana, przynosząca same straty fabryka, od razu stała się polem do popisu dla młodego inżyniera. Pełen zapału przystąpił do jej modernizacji i już wkrótce huta zaczęła prosperować na tyle dobrze, iż Zglenicki mógł sobie pozwolić na wykup dwóch kolejnych kuźnic. Jednakże jak to w życiu bywa, powodzenie w interesach wzbudziło ludzką zawiść.

Zarządcy sąsiednich zakładów złożyli donos do rosyjskiego ministerstwa skarbu, powołując się na obowiązujące, lecz nie stosowane od kilkudziesięciu lat carskie prawo, które zabraniało łączenia funkcji administracyjnych z prowadzeniem biznesu. Mimo, że przepis był anachroniczny, to w rosyjskim imperium zwykły śmiertelnik, nawet najzdolniejszy, powinien go przestrzegać i to bez żadnego szemrania. I tak naszego inżyniera odwołano z funkcji w Mroczkowie i zawieszono w pełnieniu obowiązków urzędnika.

O ponowne przywrócenie na urząd Zglenicki starał się aż 8 lat, dopiero w 1890 roku powierzono mu funkcję pełnomocnika w urzędzie probierczym w Rydze. Oczywiście nie było to jego wymarzone zajęcie, jednakże przewrotny los sprawił, że wkrótce jego sny o wydobywaniu skarbów natury, tkwiących głęboko pod ziemią, zaczęły się materializować.

Z czasem ślamazarna machina carskiej władzy znowu doceniła talenty zdolnego Polaka i uznając, że szkoda je marnotrawić, przedstawiła mu ofertę objęcia stanowiska głównego inżyniera w prężnie rozwijającym się w tym czasie Zagłębiu Donieckim. Ku ogólnemu zaskoczeniu, ten jednakże odmawiał przyjęcia funkcji, co nieuchronnie musiało spotkać się z dotkliwymi sankcjami – najlepiej skierowaniem w taki zakątek imperium, o którym ludzie mówią z przerażeniem.

Jednakże o to właśnie chodziło Zglenickiemu, tylko w taki sposób mógł się znaleźć w upragnionym Baku. Jak każde tego typu „eldorado”, miasto w drugiej połowie XIX wieku było miejscem iście przeklętym przez Boga i ludzi, otoczonym przez las prymitywnych wież wiertniczych. Awarie, wypadki, pożary zdarzały się tu niemal każdego dnia. Ropa wytryskująca spod ziemi mieszała się z błotem, a jej wszechobecny odór unosił się w powietrzu w pięćdziesięciostopniowym upale.

Wśród robotniczych rodzin żyjących w labiryncie glinianych domów, wciąż wybuchały epidemie dyfterytu, tyfusu i cholery. Miasto było pozbawione kanalizacji i wodociągów; dostępna woda była zanieczyszczona ropą i zasolona. Tu jednakże na ludzkim cierpieniu rodziły się niewyobrażalne fortuny; właśnie w Baku swe szyby naftowe i rafinerie posiadali bracia Alfred, Ludwik i Robert Noblowie oraz Alfons Rotschild. Pod koniec XIX wieku z roponośnych terenów Półwyspu Apszerońskiego nad Morzem Kaspijskim pochodziło 50 proc. globalnego wydobycia, na drugim miejscu były Stany Zjednoczone, a na trzecim plasowała się… polska Galicja z rafinerią w Klęczanach, zbudowaną według projektu Ignacego Łukasiewicza.

Witold Zglenicki trafił do Baku w 1891 roku, znów będąc urzędnikiem urzędu probierczego, ale zaraz po pracy każdą wolną chwilę poświęcał swej geologicznej pasji. Wyposażony w mapy i sprzęt penetrował cały Półwysep Apszeroński, wyznaczał nowe, roponośne złoża. Jednakże na tym nie poprzestawał; był bowiem przekonany, że o wiele bogatsze pokłady ropy kryją się pod dnem Morza Kaspijskiego. Z tego też powodu wiele nocy spędzał w łódce, obserwując poziom wody i erupcje gazu ziemnego, ustalając położenie niezwykle bogatych złóż w Zatoce Bibi – Ejbatskiej.

Przekonany o swym odkryciu, w 1896 roku złożył do miejscowego urzędu podanie o przydzielenie mu dwóch działek na pełnym morzu, w celu rozpoczęcia poszukiwań „czarnego złota”. Carscy urzędnicy byli skonsternowani i nie bardzo wiedzieli, co począć z tak, według nich, absurdalną prośbą, bo przecież do tej pory wydobywano ropę jedynie na lądzie. Tym niemniej, upartego Polaka nie można było po prostu zignorować; w ciągu kilku lat dał już się poznać jako człowiek niezwykle zdolny i pomysłowy.

Wynalazł chociażby prosty przyrząd do pomiarów krzywizn szybów, dzięki któremu znacząco spadła ilość śmiertelnych wypadków i pożarów szybów naftowych. Na wydobycie ropy spod dna morza Zglenicki też miał gotowy pomysł. Zaprojektował wodoszczelną, metalową platformę wiertniczą, zbudowaną 5 metrów ponad lustrem wody, wznoszącą się na palach wbitych w dno. Na niej miało być umieszczone urządzenie do wykonywania odwiertu i zbiornik na ropę, który byłby opróżniany za pomocą barek – cystern lub wielkich tankowców.

Urzędnicza machina znów mieliła się wolno, ale Zglenicki zyskał poparcie dla swego projektu ze strony przemysłowców zainteresowanych morskim wydobyciem, którzy widzieli w nim przyszłość dla tego przemysłu. Oni też zaprosili geologa do wyznaczenia 100 działek, które mogłyby być im przydzielone do eksploatacji.

Wszyscy sądzili, że to zadanie zajmie inżynierowi długie miesiące, a może nawet i lata, tymczasem Witold Zglenicki już po dwóch tygodniach opublikował niezwykle dokładne mapy 165 działek, które wyznaczył w trakcie swych samotnych wypraw morskich. Aż trudno uwierzyć, że do dnia dzisiejszego stanowią one podstawę wydobycia ropy naftowej w Azerbejdżanie…

Niestety, sam projekt inżyniera został uznany jako „zbyt śmiały”, ale w uznaniu zasług carska władza przyznała Zglenickiemu w 1899 roku kilka działek na lądzie, a rok później upragnioną działkę na morzu o numerze 29. Geolog z zapałem przystąpił zatem do poszukiwań inwestorów, którzy zaryzykowaliby zupełnie pionierską eksplorację dna morza.

Jednakże niedługo potem dowiedział się, że jest śmiertelnie chory. Cierpiał na cukrzycę, która w tych czasach była nieuleczalna. Z hukiem zawaliły się jego marzenia i plany, ale nieoczekiwanie pozostawił po sobie trwały ślad w polskiej historii, którego skutków nawet się nie domyślał. Mianowicie w swym testamencie, wzorem swego dobrego znajomego – Alfreda Nobla, część dochodów z wydobycia ropy przeznaczył na rozwój nauki w swoim kraju ojczystym, zasilając Kasę im. Józefa Mianowskiego.

Patronem tej fundacji był legendarny rektor tak bliskiej sercu Zglenickiego Szkoły Głównej Warszawskiej, który po powstaniu styczniowym uchronił przed represjami dziesiątki studentów. Na czele fundacji stanął w 1881 roku słynny lekarz i taternik Tytus Chałubiński, a w jej strukturach działali Bolesław Prus, Henryk Sienkiewicz, Ignacy Baranowski, Jerzy Aleksandrowicz i cała plejada nie mniej wybitnych postaci tamtych czasów. Kasa miała wspierać rozwój polskiej nauki, kultury i sztuki, będących pod zaborem rosyjskim w opłakanym stanie, jednakże wciąż brakowało środków na realizację tych szczytnych celów.

Sytuację zmienił dopiero testament Witolda Zglenickiego. Po jego śmierci w 1906 roku, do fundacji wpłynęły z Baku pierwsze pieniądze, ale do 1911 roku w sumie było to już 186 tysięcy rubli. W roku następnym Kasę zasiliło już 472 tysiące rubli. Do 1915 roku dochody fundacji wyniosły już niemal 1,8 miliona rubli – to ni mniej, ni więcej, niż 2,4 miliona dolarów w złocie i półtora razy więcej od dochodów Fundacji Nobla.

Nauka polska nigdy wcześniej i nigdy później nie otrzymała tak ogromnego wsparcia, które, niestety, zostało przerwane wybuchem bolszewickiej rewolucji i nacjonalizacją ropodajnych złóż. Mimo tego, testament Witolda Zglenickiego pozwolił odbudować się i rozkwitnąć polskiej nauce i sztuce, dał tym samym podstawy do odtworzenia struktur i scalenia odrodzonego państwa polskiego. Stąd też nasz inżynier, płocczanin i wychowanek „Małachowianki”, stając się tak potężnym protektorem, nie darmo w swej ojczyźnie zyskał przydomek – „polski Nobel”…

Tymczasem w pamięci mieszkańców Baku Witold Zglenicki pozostał jako „ojciec bakijskiej nafty”. Wiele źródeł utrzymuje, że około 1901 roku stał się jednym z najbogatszych ludzi na świecie, mimo tego za swego życia nie doczekał się realizacji swego koronnego projektu – budowy morskiej platformy wydobywczej. Jego pomysł został zrealizowany dopiero w 1949 roku, rzecz jasna na wodach Morza Kaspijskiego. Same roponośne działki Witolda Zglenickiego, pomimo negocjacji, pozostały w rękach bolszewików, a obecnie należą do Republiki Azerbejdżanu. Ich rynkową wartość określa się na 2 do 3 miliardów dolarów…

Tak zatem przemierzając naszą, płocką ulicę poświęconą pamięci inżyniera, który przez całe swe życie śnił o „czarnym złocie”, warto przypomnieć sobie tę wybitną postać – wizjonera i patriotę, który tak przemożnie wpłynął na rozwój polskiej kultury i nauki pierwszej połowy dwudziestego wieku.

I warto mieć nawet najbardziej fantastyczne, z pozoru nierealne marzenia, bo nigdy nie wiadomo, kiedy mogą się spełnić…

Artykuł opracowany na podstawie:
Andrzej Chodurski, Witold Zglenicki polski Nobel 1850 – 1904, towarzystwo Naukowe Płockie 1984
Andrzej Fedorowicz, Irena Fedorowicz, 25 polskich wynalazców i odkrywców, którzy zmienili świat, Fronda 2017
Tadeusz Zglenicki, Płocczanin Witold Zglenicki – „Polski Nobel”, Notatki Płockie 1974

REKLAMA

Komentarze 30

  1. Zenek says:

    Utrzymywanie szkół gdzie jest 20 nauczycielów a 40 uczniów sensu nie ma.Panie biorą po 4- 5 tysięcy to wszystko trzeba utrzymać.Wiedza żadna,brak rozwoju dzieci ida do większej szkoły i są pogubione nie mając wiedzy,wreszcie ktoś się tym zajął .Drodzy nauczyciele zróbcie wreszcie coś dla ucznia nie dla siebie.

  2. 1 says:

    Poziom nauczania w Smardzewie jest lepszy jak w Staroźrebach.

  3. 1 says:

    I długi by były spłacone.Błędy wynikają z telefonu który przekształca automatycznie.

  4. 1 says:

    A może by tak zamknąć szkołę w Staroźrebach bądź w Górze a budynek sprzedać wziąć za to grube pieniądze i dług spłacić???

  5. Uczeń says:

    Wypowiedzieć się kto chce jaki poziom nauczania w szkole Smardzewo

  6. 1 says:

    Ludzie wstyd mi czytać o tym co piszecie.Gdyby nie było długu pewnie wójt by nawet nie pomyślał o zamknięciu szkoły. Długi są przez inwestycje przeprowadzone na terenie Staroźreb i Góry. I nieoplacony ZUS za wszystkich nauczycieli na terenie gminy w Staroźrebach.To dotyczy czterech szkół. A szkoła w Smardzewie i w Pszeciszewie ma za to zapłacić.Zrozumiałe jest to że muszą być poczynione wewnątrz szkół zmiany i to od razu,lecz nie tak w wulgarny sposób jak piszą co niektórzy. Za długi powinni zapłacić były wójt skarbnik rada gminy ludzie zwolnieni z podatków i ludzie z terenów gdzie zostały przeprowadzone inwestycje.Jest to trudny czas dla gminy i niestety wszyscy powinniśmy jej pomóc w większym czy mniejszym stopniu.

  7. Anonim says:

    Zwracam się do osoby która pisała pod ps..Lulo Twoje słowa są tak prawdziwe jak to że posiadasz Pana Wójta że sam napisał o sobie jest to nieprawda ponieważ ja chodziłam do tej szkoły jak był poprzedni Dyrektor i sześcioro innych nauczycieli.Wtedy było 8 klas i dali radę nauczyć i porządek był jak i szacunek do nauczyciela dzieci było ponad 100 Panie Wójcie musi Pan z tym kumoterstwem SKOŃCZYĆ raz na ZAWSZE Powodzenia.

  8. x says:

    i dobrze, że jeszcze kościoła w Starożrebach nie chce zmknąć,,,,

  9. x says:

    dobrze, że jeszcze kościoła w Starożrebach nie chce zamknąc……

  10. Kazik says:

    I co ze szkołą w Smardzewie?

  11. Anonim says:

    Wasze gadanie nic nie da, ulzyjata sobie. A K mają was i tak du.. Ie. Szkoła jest i będzie. Ha, ha

  12. Koleżanka 1234 says:

    Popieram zamknięcie tej szkoły, niewiele dzieci, nauczycieli multum, wf na korytarzu a pani nauczycielka wf siedzi na krześle i tylko mówi dzieciom co mają robić a sama nie ruszy tyłka. Moje dziecko od kilku lat dojeżdża do Płocka do szkoły i codziennie wstaje o 6 a czasem o 5 chcąc uczęszczać na dodatkowe zajęcia i się do tego przyzwyczailiśmy wszyscy i nie narzekamy. Nie miała możliwości chodzenia do tej szkoły, nie jest ona przystosowana do tego że obydwoje rodzice pracują i potrzebna świetlica. Uważam że dzieci w Staroźrebach miałyby większe możliwości rozwoju nawet pod względem różnych dodatkowych zajęć, wyjazdów bo tutaj to jest masakra. A koszty i długi rosną z dnia na dzień. Także rodzice pomyślnie czy to by nie wyszło tylko na dobre waszym dzieciom, bo jak pójdą dalej do szkoły to wtedy zderzą się z rzeczywistością. A teraz i tak dowozicie ich do szkoły i tak więc dalej przejął by ich autobus.

  13. Kinga ppp says:

    Gdzie w tej szkole nowy system oceniania

  14. Kinga ppp says:

    Szkoła z kamienia łupanego

  15. Kazik says:

    Szkoła z kamienia łupanego w Smardzewie

  16. Informator says:

    Ciekawe czy to co tak wypisujecie na te rodzinę nie podeszlo by pod jakiś paragraf.. A w sieci nikt nie jest anonimowy..

  17. Mieszkaniec says:

    Nie chodzi o zazdrość a o sprawiedliwość, której w tej szkole nie ma. I nie chodzi o to jak kto sie ubiera ale o to jak wykonuje swoje obowiązki a nie oszukujmy się.. nie łatwo biega sie z mopem w szpilkach a co za tym idzie nie chce sie sprzątać bo po co sie przemeczac.. trzeba sie wysluzyc dziećmi. Dziwne ze kazde dziecko ma dyżury tylko przypadkiem na tej liście ” dyżurów zabrakło miejsca akurat dla dzieci z rodziny K.
    I swoją drogą ciekawe ze w okolicy nie ma osób bardziej potrzebujących pracy, które rzetelnej wykonywały by swoje obowiązki niż córka i synowa Pani K.

  18. Mieszkaniec Gminy says:

    wojt zwalnia obecnych pracownikow a nowych zatrudnia… tworzy stanowiska dyrektorów, a jak wiadomo dyrektor zarabia wiecej od kierownika… Wiec gdzie te oszczędności??? Ludzie , otworzcie oczy… Co dla nas bedzie z tych oszczednosci?, To ze w gminie nie bedzie zadnych inwestycji? ze swiatla wylaczane sa od 22 wieczorem? ze nie bedzie robionych drog? Czy tego chcieliscie???