Dotarł do nas tekst. Niecodzienny. Wzbudzający emocje. Odnaleźliśmy autorkę, która zgodziła się na jego opublikowanie. Przeczytajcie, jak traktowane są osoby, które odwiedzają w więzieniu swoich bliskich.

Ile razy zdarzyło Ci się jechać ulicą Sienkiewicza, czekać na zmianę świateł w korku, który kończył się na wysokości bramy więziennej? Ile razy widziałeś ludzi, stojących przed wielką bramą od, powiedzmy, godziny 7.45. Co wtedy myślałeś? O, stoją już, nie pracują, tylko tu wystają. Ciekawe, na co czekają. Na znak, gest??? Wiesz, ilu ludzi, jadąc ulicą Sienkiewicza, zastanawia się, co Ci ludzie robią pod tą bramą???

Ja też do takich ludzi należałam – szybko przejechać, głupio pomyśleć i zapomnieć. Ale los postawił na mojej drodze kolegę, wieloletniego znajomego, który znalazł się za tą wielką bramą. Szok, niedowierzanie, potępienie i milion myśli, co robić. Jako obcy, dla osadzonego niewiele możemy. Ale…

Dokąd sąd nie osądził, nie ma winy. Poza tym, to jest nasz kolega. Dostałam zgodę na widzenie. Co prawda, ważną tylko dwa dni, ale jest. Przeczytałam, co w necie było ogólnie dostępne na temat widzeń, no i idę. Jest godzina 7.45. Poprosiłam w pracy o zgodę na spóźnienie się tego dnia, dwie godzinki i będę – obiecałam. Byłam czwarta w kolejce i to było moje ogromne szczęście.

Obowiązuje sztywna, bezduszna procedura. Stoisz na głównej ulicy w Płocku na Sienkiewicza pod wielką bramą. Nie masz gdzie się schować przed sznurem samochodów jadących czy stojących w korku w godzinach szczytu. Widzisz swojego szefa jadącego do pracy. Myślisz sobie, może otworzą tę bramę i schowasz się z drugiej strony; brama się otwiera, wpuszcza pracowników idących do pracy. Ale nie Ciebie i nie twoje współtowarzyszki z ulicy Sienkiewicza pod więzienną bramą. Tak, teraz to są moje współtowarzyszki. Mówią do mnie: strażnik nie wpuści wcześniej niż o 8, częściej wpuści po 8. Lepiej jest na Białołęce, a najlepiej we Włocławku, tam odwiedzający jest człowiekiem.

Ulicą Sienkiewicza do szkoły jedzie mój syn i jego koledzy, a ja stoję pod wielką bramą. “Byłem w więzieniu, a przyszliście do mnie” – dodaję sobie otuchy. Wreszcie brama otwiera się dla nas. Jest 8.05. Przechodzimy na dziedziniec. Moja głowa obraca się dookoła głowy. To dla mnie ważna chwila. Jestem w tym miejscu pierwszy raz, miejsce i legendarne, i historyczne. Chciałabym wszystko zobaczyć. No i mam do tego doskonałą okazję, bo na dziedzińcu stoimy dalej. Rejestracja osób odwiedzających odbywa się powoli i spokojnie. Tu wszystko toczy się spokojnie. Ale ty i twoi współtowarzysze stoicie na dziedzińcu. Zadaję głupie pytanie: A jak jest mróz? 40 stopni upału? Deszcz? To nic, stoimy. Zimno, ubrałam się jak na odwiedziny do szpitala, a nie do więzienia.

Następny na widzenie – to już do mnie. Rejestracja, nawet ok. Jestem zdziwiona, że tak wielu rosłych facetów zachowuje się jak bogowie w stosunku do tych odwiedzających. To chyba realizacja męskich fantazji o władzy. Szkoda, że nad kobietami, dziećmi, często chorymi. Zastanawia mnie, czy dyrektor tego przybytku stanął kiedyś z tymi odwiedzającymi. Proszę Pana, jak by Pan chciał, to ja z panem postoję.

Etap II – idziesz po schodach do góry poczekać. Zamyka się za Tobą krata. Poczekalnia jak 100 lat temu. Jedynym udogodnieniem jest obrzydliwa toaleta. Ale na co ci lepsza? Jesteś w więzieniu. Ja miałam szczęście, byłam czwarta i dość szybko zostałam wywołana. WYWOŁANA. Ludzie, którzy nie mieli szczęścia, muszą tam siedzieć wiele godzin. Bez wody, herbaty, jedzenia, gazet. System traktuje ich jak współwinnych. W XXI wieku. Nie uwierzyłabym, gdyby mi to ktoś opowiedział.

Wywołana – idę przez dziedziniec za następną kratę. Schodzimy w dół, jakby do piwnicy. Bardzo małe duszne pomieszczenie, oczywiście bardzo surowe. Z toalety śmierdzi obrzydliwie. Czekasz i nie masz co z sobą zrobić. Słuchasz opowieści spod celi. Nie wierzę… gdzie ja jestem i co ja tutaj robię? Ze mną wywołana została matka, co ledwo chodzi – deformacja kolan, ogromny ból, ale idzie do Syna. Jest też córka – przyszła o kulach odwiedzić razem z matką ojca; złamała nogę, ale idzie. Kolejna to kobieta, która przyszła do męża tydzień po porodzie, musi szybko wracać do karmienia, ale

Słyszę nazwisko… do… – to chyba nareszcie mój kolega. Ogromna radość, ogromna, rzeczywiście było warto – “byłem w więzieniu, a przyszliście” – huczy mi w mojej głowie. Mam łzy w oczach i wiem, że było warto znieść to upokorzenie ulicy Sienkiewicza.

Nie będę opisywać mojego powrotu. Jest krótszy i równie upokarzający. Z osadzonym widziałam się równą godzinę. Czas spędzony od 7.45 na ulicy do wyjścia znów przed bramę – 4 godziny (miałam szczęście, że tylko tyle). Nie muszę mówić, że nie ma widzeń po południu, nie muszę mówić, że nie ma widzeń w soboty i piątki. Brak spotkań w święta , kiedy jest więcej czasu i można jechać i stać. Totalny brak resocjalizacji w spotkaniach z najbliższymi. Ogromnie nieprzyjazne miejsce dla odwiedzających. Bardzo przykre traktowanie. Bardzo.

Dojechałam do pracy o 11. Odbieram telefon… – Co robiłaś na Sienkiewicza pod więzieniem? Odbieram drugi… trzeci…

Mam zgodę na kolejne widzenie, a nie mam 4 godzin wolnych w dniu roboczym. Nie mogę wziąć urlopu.

Podobno w Polsce nie ma odpowiedzialności zbiorowej. Dlaczego nasze państwo w majestacie prawa karze i upokarza całe rodziny?
Po pierwszej rozprawie i po pięciu miesiącach nasz kolega opuścił areszt TYMCZASOWY. Nie muszę stać na Sienkiewicza.

Autor: I.

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji