Tym razem już na samym początku należy się Państwu małe wyjaśnienie. Wydarzenie kulturalne, o którym chciałbym opowiedzieć, nie dotyczy bowiem naszego miasta, jednakże ze względu na jego spektakularny charakter nie sposób go pominąć. Wystawa „Dali kontra Warhol” zagościła na IV piętrze wysłużonych murów Pałacu Kultury i Nauki w Warszawie, z wielu powodów dość często przecież odwiedzamy nieodległą stolicę, zatem w moim przekonaniu naprawdę warto zajrzeć na plac Defilad, bowiem zgromadzono tam około 120 prac tych artystów.

Czy porównywanie dokonań przedstawicieli różnych kierunków artystycznych w ogóle ma sens, czy nie jest jakimś marketingowym „nadużyciem”? Tu jestem przekonany, że kuratorzy wystawy wykonali dobrą robotę – obydwaj artyści, okazując sobie wzajemny podziw i atencję (na jednym z bankietów w Nowym Yorku pocałowali się nawet na powitanie, co skonsternowało opinię publiczną), jednakże podążali własnymi ścieżkami, operowali w zupełnie różnych estetycznych wymiarach i nie będąc twórcami swych kierunków, najskuteczniej wryli się w ludzką pamięć.

Poza tym, łączyło ich nadzwyczaj wiele wspólnych mianowników i wzajemnych koherencji, które po latach wszechstronnych analiz ich osiągnięć, w jakiś magiczny sposób ich do siebie zbliżają. Totalny ekscentryzm i egocentryzm, kontrowersyjność, prowokacja, taśmowo „produkowane” towarzyskie skandale, mania wielkości i poczucie artystycznej nieomylności, niemal paranoiczne dążenie do sławy, nieposkromiona mania do poszukiwania szoku, zadziwiającego i poruszającego performance, budzącego okrzyki zachwytu, a jednocześnie obrzydzenia… A zatem – Why not?

Krótką charakterystykę postaci rozpocznę od seniora, który jako pierwszy wszedł na swoją własną ścieżkę sławy. Salvador Dali urodził się w Figueres Hiszpanii w 1904 roku. Był uzdolnionym plastycznie dzieckiem, a po latach stwierdził, iż… „Moje imię wskazuje na to, że przyszedłem zbawić współczesne malarstwo przed rosnącą tępotą i chaosem. Nawracając do wielkiej tradycji mistycznego i klasycznego malarstwa hiszpańskiego, postanowiłem złączyć w jedną całość doświadczenia kubizmu z boską proporcją. Nowa epoka malarstwa mistycznego zaczyna się teraz ode mnie; to los i przeznaczenie powierzyły mi rolę Mesjasza na pustyni.”

Oczywiście, słowa powinny być poparte czynami, akurat w tej dziedzinie Salvadora Dali nie trzeba było do niczego namawiać. Znakiem firmowym stały się diabolicznie podkręcone wąsy a’la Diego Velazquez, znak geniusza lub też może hochsztaplera, bez których jak mówił, „mężczyzna nie jest dostatecznie ubrany”. Komuż nie zapadły w pamięć obrazy, które na trwałe wpisały się w dorobek surrealizmu – „Płonąca Żyrafa”, „Uporczywość pamięci”, czy też te, które pojawiły się na warszawskiej wystawie – „Hiszpania” i „Kuszenie św. Antoniego”?

Jednakże czemuż by dla podbicia prowokacji, szoku, kontrowersji, a może tylko kreowania atmosfery „snu na jawie” nie włożyć marynarki przetykanej złotą nicią i nie przechadzać się po centrum Paryża z mrówkojadem; nie udać się na swój wykład w stroju płetwonurka, trzymając w jednej ręce na smyczy dwa białe psy i kij bejsbolowy w drugiej; nie pojawić się w tryumfalnie w Nowym Yorku w złotym, kosmicznym skafandrze wewnątrz skonstruowanego przez siebie „Jajocypeda”; nie zajechać wreszcie pod paryską, dostojną Sorbonę białym Rolls Roycem, wypełnionym tysiącem główek kalafiorów?

A jak dopełnić własne życie, spuentować niekończący się show, który przecież musi trwać i trwać? Chyba najlepiej wybudować w rodzinnym mieście – Figueres własne muzeum, a jednocześnie mauzoleum, do którego każdego dnia ściągają niezliczone pielgrzymki zwiedzających. Tu publiczność naocznie może się przekonać, jak multidyscyplinarnym Salvador Dali był artystą – malarstwo, rysunek, grafika, rzeźba, film, projektowanie przedmiotów codziennego użytku, odzieży, biżuterii, a nawet perfum. I oczywiście niezliczone wizerunki ukochanej małżonki malarza – Gali, którą podobno sportretował w około 800 dziełach.

Geniusz artystycznej prowokacji schorowany i samotny, jednakże w żadnym wypadku zapomniany, zmarł w 1989 roku, a jego prochy spoczywają w krypcie pod sceną jego muzeum w Figueres. „Wolę aby uważano mnie za złego malarza, byle mówiono o mnie jako o niezwykłej osobowości” – stwierdził kiedyś Salvador Dali i niewątpliwie zrealizował swoje credo.

A skoro określiliśmy, że mamy do czynienia z pojedynkiem tytanów, to przeciwny narożnik ringu zajął… no właśnie, pretendent, czy też posiadacz mistrzowskiego pasa? Andy Warhol… przynajmniej w mojej podświadomości brzmi jak bezpośredni synonim Ameryki, wizytówka, logo, niemal odzwierciedlenie tego, co działo się 50 lat temu w wielkim świecie za oceanem.

Podobnie jak rywal, nie był twórcą swego gatunku, tylko jego przedstawicielem, ale jakże genialnym. Czas pewnie aby wyjaśnić, czym był reprezentowany przez Warhola pop-art. Powszechnie używane przez krytyków sztuki stwierdzenie, że kierunek czerpał swe inspiracje z kultury masowej mnie samego nie przekonuje i zaraz mi się wydaje, że ktoś nie potrafi tego zjawiska wyraźnie określić. A pop-art właśnie nie zawiera w sobie żadnej komplikacji – wystarczy potraktować do tej pory niepowtarzalne dzieło sztuki jak produkt, który posiada na rynku swą finansową wartość, powielać je w milionach egzemplarzy, byle tylko się sprzedawało, a w spektrum artystycznych poszukiwań objąć przedmioty powszechnego użytku lub też zakorzenione w masowej świadomości ikony i już mamy kwintesencję pop-artu.

Czy ten kierunek umarł, odszedł w zapomnienie? Wydaje mi się, że absolutnie nie, być może nawet się rozwija. Wystarczy chociażby przyjrzeć się wnikliwie nadrukom wielu popularnych t-shirtów – to przecież pop-art. w swym najczystszym, programowym wydaniu. Oczywiście nikt ze współczesnych designerów mody nie konstytuuje siebie jako przedstawiciela kierunku sprzed ponad pół wieku, ale sama idea – jak Lenin, wiecznie żywa…

Powróćmy jednakże do Andy’ego Warhola. Syn słowackich emigrantów urodził się w Pittsburghu w 1928 roku, a w wieku 21 lat przeniósł się do Nowego Yorku. Od swej matki przejął uzdolnienia plastyczne, po studiach zaistniał na rynku sztuki jako grafik, autor reklam, witryn sklepowych i scenografii teatralnych. W latach 60 – tych w legendarnym atelier przy Union Street, nazywanym przez siebie „Factory” rozwinął technikę sitodruku, by móc powielać w tysiącach egzemplarzy wizerunki amerykańskiej kultury masowej – puszki z zupą Campbell, butelki coca – coli, buty, banany, banknoty, pudełka proszku do prania i inne przedmioty codziennego użytku, ale też portrety współczesnych sobie ikon Ameryki: Elvisa Presley’a, Brigitte Bardot, Marilyn Monroe, Michaela Jacksona.

A sama „Factory”… Andy Warhol zatrudniał tam innych artystów, którzy wykonywali odbitki według jego wskazówek, ale była to nie tylko pracownia – tu spotykali się ludzie z artystycznego światka, pisarze, dziennikarze, muzycy; bywalcami „fabryki” byli Rolling Stones, The Velvet Underground, John Lennon, Bob Dylan i wielu innych zbuntowanych wyznawców sztuki nowego formatu, tymczasem psychodeliczny nastrój miejsca wzmagały nie tylko spory i akademickie dyskusje, ale też alkohol i narkotyki.

Oczywiście Andy Warhol był twórcą interdyscyplinarnym. Rozpoczął od rysunku, malarstwa i serigrafii, lecz był również autorem dziesiątek awangardowych filmów i książek, wydawcą czasopism, performerem i fotografem, projektantem mody i przedmiotów codziennego użytku oraz okładek płyt muzycznych. W skrytości ducha spokojny i nieśmiały, ukrywający się przed światem ze swą orientacją homoseksualną, a jednocześnie według wielu złośliwiec i manipulator, czym zyskał sobie przezwisko Drella (zbitka słów Dracula i Cinderella). W nieodłącznej, białej peruce, która analogicznie jak wąsy Salvadora Dali, stała się z kolei jego znakiem firmowym, niemal zawsze można go było spotkać w jednym z dwóch nowojorskich klubów nocnych – Serendipity lub Studio 54, a jednocześnie… był osobą religijną, systematycznie uczestniczył w mszach świętych i w akcjach charytatywnych na rzecz bezdomnych.

Andy Warhol zmarł w 1987 roku po rutynowej operacji pęcherzyka żółciowego na skutek niespodziewanej arytmii serca. Przez całe życie obawiał się szpitali i lekarzy, odwlekał wizyty, jak się okazało jego nieuświadomiony lęk w przedziwny sposób znalazł swe uzasadnienie.

Tyle o bohaterach naszego umownego pojedynku, powróćmy w tym miejscu do warszawskiej ekspozycji. Została ona złożona w sposób achronologiczny i podzielona w takiej konwencji, aby zaprezentować podstawowe idee, inspiracje i kierunki działalności obydwóch artystów. Już na samym początku przekraczamy bramę z wirującymi w powietrzu dolarami, niekwestionowanym bóstwem, idée fixe Dali i Warhola, potem… jest z każdym, naszym krokiem coraz bardziej interesująco.

W kolejnej sali spoglądamy na tak dobrze nam znany sitodrukowy wizerunek Marylin Monroe i jednocześnie podziwiamy oniryczne, wielowarstwowe malarstwo wielkiego Hiszpana. Nie mniej wrażeń odkryjemy w Świątyni Zapachu poznając skomponowane przez niego perfumy. Wystawę bezwzględnie powinni odwiedzić melomani; dostatecznym powodem jest tu bogata kolekcja plakatów, okładek czasopism i płyt topowych zespołów, z którymi współpracował Andy Warhol; znajduje się tu okładka krążka Johna Lennona, która powstała na zamówienie Yoko Ono już po tragicznej śmierci piosenkarza, czy też okładka płyty „Sticky Fingers” Rolling Stones i wiele innych unikatowych realizacji.

Zwiedzając ekspozycję dotrzemy również do Sali Pop Kina, która przybliży dokonania obydwóch artystów w zakresie filmu, ale niespodziewanie zajrzymy także do warholowskiej „Factory”, czy też będziemy mieli okazję przysiąść na kanapie zaprojektowanej przez Salvadora Dali w kształcie ust Mae West – Słowem każdy z nas znajdzie tu pewnie coś, co go zafascynuje i poruszy.

Dali versus Warhol… Warhol i Dali. Genialni akwizytorzy myśli, tytani wyobraźni, demiurgowie nowej estetyki, a także i przemyślni kreatorzy własnej sławy…

Dzięki wystawie w Pałacu Kultury i Nauki, nie tylko łatwiej niemal namacalnie poczuć rozmiar ich geniuszu; stwarza ona również niepowtarzalną okazję zmierzenia się z czymś do tej pory dla nas nieosiągalnym, bowiem wiele dzieł i eksponatów pochodzących z prywatnych kolekcji i fundacji zostało zaprezentowanych szerokiej publiczności po raz pierwszy. Tak zatem byłoby istnym grzechem z takiej sposobności nie skorzystać.

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji