Poniedziałkowy podwieczorek, 9 stycznia w Centrum Kultury i Sztuki należał do Stana Borysa. Artysta zdecydowanie wolał czytać publiczności wiersze, niż śpiewać, czy odpowiadać na pytania dziennikarza Leszka Bonara.

Mówił między innymi, że pochodzi ze wsi Załęże koło Rzeszowa. Był tam pałacyk, gdzie osadzano więźniów politycznych. Artysta nie chciał opowiadać “smutnej historii”, jaką tam zobaczył. Nie krył za to, że nie udało mu się zagrzać miejsca w szkolnej ławce.

– Jak przyjeżdżam do Rzeszowa, to witając publiczność mówię tak: że witam dyrektorów technikum budowlanego, technikum mleczarskiego i dyrektora technikum mechanizacji rolnictwa i dziękuję bardzo, że mnie wyrzucili, ponieważ dzięki nim jestem na tej scenie – uśmiechał się artysta.

Zwrócił się do młodzieży, aby ta nigdy nie ufała tym, którzy wątpią w jej marzenia i w możliwości. Opowiadał, że w młodym wieku zainteresował się poezją. W radiu w Rzeszowie czytywał wiersze. Na swojej drodze spotkał Tadeusza Nalepę.

– To są takie historie, że pomimo jakiegoś buntu wewnętrznego, bo dobrze, że tak jest, należy ufać ludziom, ale należy się buntować, nie pozwolić się zupełnie zdominować przez jakiś inny umysł. Moje doświadczenia życiowe doprowadziły, że ulegam ludziom, albo uwielbiam danego człowieka, ale jeżeli zauważę, że w pewnym momencie ja jestem w jakiś sposób wykorzystany, to wtedy staję dęba. Tak trwała przez dwa lata nasza współpraca z Nalepą i całe szczęście, bo później spotkałem drugą grupę – opowiadał wokalista.

Jak tłumaczył, nazwa Blackout wywodzi się od niego. – To jest teatralna nazwa taka, że chodziłem kilkakrotnie do wojewódzkiego komitetu tłumaczyć się z tej nazwy. Na tamte czasy była to jedyna nazwa, która tak się przyjęła. Wymyśliłem sobie, że Blackout, to jest zaciemnienie, więc te mózgi, które mi zabraniają zrobić to, co ja sobie wymyśliłem, trzeba zaciemnić. Bizony również pochodzą od mojej nazwy. Jak zacząłem współpracę ze Zbyszkiem Bizoniem, to mówię, że w Ameryce, w Anglii, powstają zespoły, których nazwa wywodzi się od lidera grupy. Była to sekcja gitary, perkusja, puzon, trąbka i saksofon. I dzięki opatrzności, wyzwoliłem się ze wszystkiego – podkreślił artysta.

Historia “Jaskółki”

Stan Borys podczas spotkania z widzami nie dał się namówić na zaśpiewanie piosenki, która właśnie z tym artystą jest kojarzona – “Jaskółka uwięziona”.

– “Jaskółka” czekała dwa lata, aby ten brys, to, co zostało wymyślone przez kompozytora Janusza Dębskiego, zrealizowane zostało. Drugim człowiekiem, który stworzył “jaskółkę” był Kazimierz Szemioth, który opisał wydarzenia, które ja obserwowałem w czasie, kiedy byłem na konkursie recytatorskim. Nie myślałem wtedy o teatrze, ani o muzyce w gdańskim kościele mariackim, który był opuszczonym kościołem, bo wtedy, za PRL-u, było wiele takich rzeczy opuszczonych, które dotyczyły religii, czy kościoła i przez te wybite szyby wpadały ptaki. Żeby się wydostać, rozbijały się. Jak mnie spotkał, to później analizowaliśmy to z Szemiothem, że czasem jest tak, że ludzie mówią, że przypadki nas łączą, a niektórzy mówią, że może tak właśnie miało być. Szemioth przyszedł do mnie i powiedział: To jest dla pana piosenka. Jak ja przeczytałem, to mówię: Zaraz, skąd on wiedział o tym, że to jest dla mnie piosenka? Ale ponieważ trzeba było się tłumaczyć z wolności, trzeba było się tłumaczyć z kościoła, z tej katedry, no i z uwolnienia tej myśli człowieka, z uwolnienia duszy, dążenia do wolności, to czekaliśmy dwa lata na to, żeby władze zezwoliły na to, żeby ta piosenka dostąpiła zaszczytu bycia na festiwalu opolskim. Ale to się stało również głównie dlatego, że wcześniej byłem wydelegowany na reprezentanta Polski, wśród czterdziestu krajów na olimpiadzie piosenki w Atenach na stutysięcznym stadionie olimpijskim, gdzie śpiewałem inną piosenkę “Wierzę drzewom”. Piosenka dostała drugie miejsce, a ja dostałem nagrodę dla najlepszego wykonawcy. I to jakoś zaważyło, i dopiero po tych dwóch latach zatwierdzono to, że ten “apostoł” może się pokazywać – wyjaśniał Stan Borys.

Piosenkarz opowiadał, że w podwarszawskiej Falenicy, gdzie po sąsiedzku mieszkała Agnieszka Osiecka, otrzymywał od niej teksty piosenek, które później zaśpiewał. – Pewnego razu zapukała do mnie, to było chyba w październiku, a ja byłem jak na szpilkach, bo czekałem już chyba półtora roku na paszport. Musiałem wiele rzeczy wyjaśniać, stawać na baczność i kłamać, gdzie jadę, dlaczego, skąd pieniądze na utrzymanie i tak dalej. Agnieszka przyniosła piosenkę i wtedy po raz pierwszy powiedziałem, że wyjeżdżam do Ameryki. To była piosenka “Dziś prawdziwych Cyganów już nie ma” – powiedział artysta, dodając, że tuż przed wydaniem paszportu napisał piosenkę “Idę drogą nieznaną”, która, jak się okazało, była ostatnią napisaną w Polsce.

7 grudnia 1975 roku, kiedy Gierek oddawał do użytku Dworzec Centralny, Stan Borys odleciał do Ameryki. W Chicago założył swoje radio. Kontynuował również swoją miłość do poezji.

Wielkość fiata 126 p

Podczas spotkania z widzami, artysta czytał wiersze ze swojego tomiku. Nie chciał śpiewać piosenek, tłumacząc, że jest to wieczór autorski. Chętnie zaś odpowiadał na pytania fanów. Jedno z nich dotyczyło nazwiska artysty.

– Stan Borys to nie jest mój pseudonim i nigdy nie był. Borys, to jest nazwisko mojego dziadka, które zostało nadane mi przez moją babcię. W rodzinie bez względu na zmiany nazwisk i faz życia, to moje nazwisko od lat 60. było jako Stan Borys. Nikt nie wie jak się nazywa Sting, David Bowie, tylko w Polsce tak się robi – artysta nazwał to głupią wścibskością, zaprzeczył również, że jakoby miał być podobny do Czesława Niemena.

Wspomniał, że wyjazdu do Ameryki nie żałuje, chociaż do kraju pierwszy raz wrócił dopiero po siedemnastu latach, a opuścił go, bo miał dosyć między innymi manipulacji ludźmi, “wielkości mózgu, który mógł mieć wyobraźnię na wielkość fiata 126 p”. Błądził “obijał się o ściany, o mury NY, Kalifornii”. Wspomniał, że tam nikt nie mówi, że “musisz przyjąć uchodźców, albo jesteś za bardzo podobny do postaci biblijnej, to nie wystąpisz w telewizji”.

– W telewizji był pewien dyrektor, który mówił: “Po moim trupie ten apostoł wystąpi w telewizji”. Umarł po roku, a mi już nie zależało na tym. Dlaczego Norwid wyjechał z Polski, Mickiewicz, Słowacki wyjeżdżał i tak dalej. Prawdopodobnie wszyscy szukaliśmy tej możliwości obicia się o coś innego. Wtedy, kiedy oni pisali, zabroniona była mowa polska. Ja miałem może inne powody. I całe szczęście, że tak się stało. Nikt ci nie powie, że skrzydła jaskółki będą podcięte, jak mnie mówiono – dodał.

Artysta nawiązał również do obecnej sytuacji politycznej Polski.

– My, Polacy, jesteśmy otoczeni bardzo trudnymi granicami i barierami, które tworzone są nie zawsze przez nas samych. Narzucana jest korporacyjność, komercjalizm, narzucony przez tych, którzy chcą zawładnąć nami, manipulują nami. Jesteśmy klientem. Prasa, radio, telewizja nie należą do Polaków. Co jest w muzyce? Półnagie tyłki. W Ameryce nie ma takiego nasilenia polityki jak tu. Tylko depresję wprowadza nam polityka. Ci, którym zależy na Polsce, na kraju, na tobie, mają labę teraz jedenaście dni. Mają jedzenie, picie, wyjeżdżają do innych krajów, na narty. Oni mają labę, oni siedzą w Sejmie. Jak można żyć w takim kraju? – pytał retorycznie.

Stan Borys na zakończenie spotkania dał się namówić na wykonanie kilku utworów muzycznych. Rozpoczął od utworu “Niczyj” Juliana Tuwima, zaśpiewał również między innymi “Tworzywo” Karola Wojtyły oraz popularną “Annę”.

Tekst i fot. Justyna Gabrychowicz

Przypomnijmy, że kilka lat temu sceną muzyczną zatrząsł konflikt pomiędzy Stanem Borysem a raperem Peja, który wykorzystał utwór artysty bez jego pozwolenia. W 2011 roku muzycy zawarli ugodę w sprawie nielegalnego wykorzystania przez Peję sampli z utworu “Chmurami zatańczy sen” Stana Borysa.

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji