Rentgen: Pieskie życie w płockim schronisku

4

My nie borykamy się z brakiem pieniędzy, nie mamy problemów z pracownikami. Nieraz zdarzają się problemy z miejscem dla zwierząt, ale dajemy sobie radę. My mamy największe problemy z regulacjami prawnymi i ludźmi – mówi kierownik płockiego schroniska, Konrad Żabka.

W progu schroniska powitała nas Cyganka. Chociaż „powitała” to za dużo powiedziane, bo ona tak naprawdę nic sobie z naszej obecności nie zrobiła. Leżała na swoim legowisku w rogu korytarza zerkając jedynie bez podnoszenia głowy. Cyganka, żeby nie było wątpliwości, to pies. – Ona ma już chyba z tysiąc lat – śmieje się Konrad Żabka, kierownik płockiego schroniska dla zwierząt. – Cały czas przy tym wejściu siedzi. Ona sobie po prostu tak żyje. To jest ten rodzaj psa, który nie znajdzie właściciela.

Wchodzimy do skromnego biura, z okien którego widać część schroniska. Pogoda pod psem. Rzęsisty deszcz pada od kilku godzin. Zewsząd dobiegają dźwięki szczekających czworonogów. Przed biurkiem obładowanym papierami siada kierownik. Uśmiecha się szeroko. – Plan był taki, że najpierw pójdziemy zwiedzić obiekt, ale nie chce przestać padać. Chyba będziecie musieli zrobić zdjęcia w ładniejszy dzień – mówi. Po chwili rozpoczynamy rozmowę, podczas której zadajemy jedynie kilka pytań. Tematów jest tyle, że nasuwają się same.

Pieskie życie

W schronisku pracuje teraz osiem osób. Wśród nich jest dwóch lekarzy weterynarii – kierownik i pani Renata, którzy oprócz opiekowania się zwierzętami, zajmują się także ludźmi i papierami. – Szczerze mówiąc, mamy nawał pracy, którą musimy we dwoje wykonywać – przyznaje Konrad Żabka. – W tym jest mnóstwo roboty papierkowej. Ja, przychodząc tutaj do pracy, chyba nie zdawałem sobie sprawy z tego, ile trzeba takich rzeczy wykonywać.

Każdy pies, który trafia do płockiego schroniska ma zakładaną kartę, jest czipowany, odrobaczony i odpchlony. – Po tych wszystkich zabiegach takie zwierzę trafia na kwarantannę – mówi Żabka. – Tak naprawdę jest to jedyny czas, w którym właściciel (jeśli się taki znajdzie) może odebrać tego psiaka bez żadnych konsekwencji.

Trzeba zaznaczyć, że do schroniska trafiają zwierzęta bezdomne. Według prawa, za zwierzęta bezdomne uznaje się takie, które nie mają właściciela lub nie udaje się go odszukać. – Psy, które zatrzymujemy to są zwierzęta, które nie zostały w żaden sposób oznakowane. Nie mają czipów czy tatuaży – mówi kierownik schroniska. – Jeśli trafia się pies z czipem, to my go odczytujemy, zaglądamy do bazy identyfikacyjnej i bardzo szybko namierzamy właściciela. Wtedy staramy się takiego czworonoga do niego odstawić lub zmuszamy go przez straż miejską do odebrania psa. Choć to też różnie nieraz wygląda…

Już na początku rozmowy okazuje się, że na pracowników schroniska spada mnóstwo niepotrzebnej pracy, którą mógłby, a nawet powinien, wykonać ktoś inny. Często jest tak, że służby informują schronisko o znalezieniu psa, chociaż wyposażone są w sprzęt niezbędny do jego identyfikacji. – My wtedy musimy zabrać tego zwierzaka i sprawdzić wszystko na miejscu. Według mnie to nie powinna być nasza rola – mówi Konrad Żabka. – My powinniśmy zajmować się opieką nad tymi zwierzętami, a takie sytuacje nam to utrudniają.

Zamawiam i odmawiam

Adopcja psów nie jest taka prosta, jak mogłoby się wydawać. – Ustawodawca wymyślił super prawo, które nakazuje nam sterylizację i kastrację każdego czworonoga, który wychodzi do właściciela – wyjaśnia kierownik. – I to jest naprawdę świetny pomysł. Tylko trwa to dużo czasu, bo w szpitalu jest za mało miejsc, a po zabiegu zwierzę musi odbyć tygodniową, nieraz dwutygodniową rekonwalescencję.

– Nie ma tak, że wchodzi się do nas, mówi że chce się tego i tego psa, a my go oddajemy od ręki – włącza się pani Renata, lekarz weterynarii. – Najpierw jest kolejka do sterylizacji. No i zobaczcie tutaj – wskazuje na korkową tablicę wypełnioną kilkunastoma kolorowymi karteczkami w dwóch rzędach. – To jest lista zwierząt po zabiegach – mówi pani Renata wskazując na pierwszy rząd. – A tu jest kolejka psów, które czekają na wejście do szpitala. W międzyczasie tych karteczek przybywa, to jest niekończąca się historia, więc ci ludzie czekając – denerwują się i, o na przykład tutaj, te trzy karteczki to już jest rezygnacja z tych psów. Gdyby te zwierzaki były już gotowe na wyjście do domu, to one by poszły od razu.

– Kiedyś myśleliśmy nad tym jak rozwiązać ten problem – mówi Konrad Żabka. – Ale doszliśmy do wniosku, że my go rozwiązać nie możemy, ponieważ nie jest dla nas kłopotem wykonanie tych zabiegów, tylko co my mamy z nimi zrobić, skoro każdy pies po zabiegu musi przesiedzieć w szpitalu około dziesięciu dni. Poza tym, miejsce blokują też zwierzęta powypadkowe, którymi musimy się zająć.

W płockim schronisku znajduje się około 230 miejsc dla psów. – Teraz mamy około dwustu czworonogów – stwierdza kierownik. Czym grozi przepełnianie się schroniska? – W momencie gdy zabraknie nam miejsc, to psy zaczną się gryźć. Jak zaczną nam się gryźć, to będziemy musieli je leczyć. Jak będziemy musieli je leczyć, to diametralnie wzrosną nam koszty. Poza tym, zwierzęta leczone muszą trafić do szpitala, gdzie zajmują miejsca tym psom, które są zarezerwowane do adopcji. Mamy wtedy zablokowane miejsca w szpitalach takimi pogryzionymi, czyli ludzie czekają, dzwonią i się denerwują. Więc znowu wracamy do tego, że rezygnują z zamówionego już czworonoga…

Ludzie schodzą na psy

Każde ze zwierząt, które trafia do schroniska ma swoją historię. Są też różne powody dla których się tam znalazły. – Niektóre mają taki charakter, bo lubią zwiedzać świat, inne są porzucane bo za bardzo urosły, a niektóre zostały wyrzucone bo okazało się, że są agresywne i właściciel nie daje sobie rady – przyznaje Konrad Żabka. – Z psami, tak samo jak i z ludźmi, nie jest tak, że wszystkie są miłe i fajne.

Pani Renata, lekarz weterynarii płockiego schroniska przyznaje, że codziennie jest kilka przypadków osób, które przyprowadzają swoje psy. – Właściciel przyprowadza nam na smyczy swojego czworonoga i chce go oddać z różnych względów – mówi. – Dlatego, że jest stary, że wyjeżdża albo pies gryzie się z innymi psami lub pogryzł jego nowe drzwi… Powodów jest mnóstwo.

– Druga grupa ludzi, to ci, którzy przyprowadzają swoje psy i twierdzą, że je znaleźli – mówi kierownik Żabka. – Ostatnio mieliśmy taką sytuację. Dziewczyna przyszła z młodym pieskiem na smyczy i z obrożą. Nie miał jeszcze czterech miesięcy. Ona nam mówi, że mieszka na Osiedlu Skarpa i go znalazła. Pies tam po prostu biegał. I nagle jest dantejska scena, płacz i szlochanie, bo ona go oddaje. No to po co pani go oddaje? Bo ona ma troje dzieci i nie może go wziąć. Dla mnie jest to od razu dowód na to, że to tak naprawdę był jej pies. Poza tym ta osoba wyszła ze schroniska, a ten pies wpatrzony był w nią jak w obrazek i aż się za nią rzucał…

Nie musieliśmy długo czekać, aby być świadkami podobnego zdarzenia. Pod budynek schroniska podjeżdża taksówka. Wysiada z niej mężczyzna w średnim wieku. – Proszę państwa, znalazłem psa i chciałbym się dowiedzieć jak mogę go tu zostawić – mówi od razu po wejściu. Kierownik schroniska pyta o jego miejsce zamieszkania. Mężczyzna odpowiada, że jest z powiatu lipnowskiego. – To trzeba się zwrócić do swojej gminy – odpowiada Konrad Żabka. Mężczyzna jest zdziwiony. – A co gmina ma do tego? – pyta. Kierownik odpowiada, że właścicielem bezdomnych zwierząt, które znajdują się na danym terenie jest gmina. – Przykro mi, ja tego nie wymyśliłem – przyznaje.

Mężczyzna po chwili zamyślenia pyta o schronisko we Włocławku. – Każdy mieszkaniec, jeśli ma taką dobrą wolę i chce zostawić psa w schronisku, musi zgłosić się do swojej gminy – mówi Konrad Żabka. – Znaczy się, jak “dobrą wolę”? – oburza się mieszkaniec Lipna. – Po prostu taki przypadek, że wszedłem do samochodu… I jak “dobrą wolę”?! – mówi. – To pan w samochodzie tego psa znalazł? – dopytuje Konrad Żabka. – No tak… – potwierdza mężczyzna. – I pies sam panu do auta wszedł? – pyta zdumiony kierownik. – No, sam wszedł… – odpowiada niepewnie mężczyzna. – Tak? Pan otworzył drzwi i powiedział: „o, wejdź”? – zapytał kierownik schroniska. W tym momencie mężczyzna oburzył się jeszcze bardziej, twierdząc że pies „łaknął kawałka chleba” i wyszedł trzasnąwszy drzwiami.

– Właśnie widzieliście przykład tego jak zachowują się ludzie i to jest nic, bo gdyby nie wy, to on by tu mięsem w nas rzucał – przyznał kierownik. – A tak naprawdę to jest pewnie jego pies i szuka dla niego miejsca – dodał. – Ludzie są podli. Trochę się już nauczyliśmy rozpoznawać te zachowania. Niektórzy zostawiają psy uwiązane do drzew w okolicy schroniska, innym się je odbiera, bo je głodzą lub maltretują. Niestety, ludzie są takimi stworzeniami, które trzeba karać, bo zwierzę sobie naprawdę nie poradzi i ono niczemu nie jest winne…

Macie rottweilerka?

Okazuje się, że większość osób, które zwracają się do schroniska z pytaniem o adopcję, mają jakieś konkretne oczekiwania. – Najlepiej żeby to był owczarek szkocki collie i jeszcze, żeby nie był rudo-biały tylko czarno-biały – mówi Konrad Żabka. – Do schroniska nie można przyjść i czegoś oczekiwać – dodaje. Pytania o konkretne rasy, to zdaniem naszych rozmówców już standard. – Ludzie potrafią dzwonić i pytać, czy mamy jakieś fajne rottweilerki albo coś w typie amstaffa, a może pinczery, a czy może yorczki bywają? – mówi pani Renata.

Kierownik schroniska przyznaje, że różne telefony to bardzo uciążliwy problem. – Jak ja muszę jechać na miasto w sprawach służbowych, to Renia nie może wykonywać swojej pracy. No, bo co mamy zrobić? Wyłączyć telefon? – pyta retorycznie. – Ludzie dzwonią do nas z różnymi problemami. Ktoś na przykład zobaczył dzikie zwierzę: lisa, bociana, węża; a to króliczek, a to zając, a to problem z tchórzofretką… A my z nimi nic nie możemy zrobić! Schroniska są dla zwierząt bezdomnych, a zwierzęciem bezdomnym – według ustawodawcy – może być tak naprawdę tylko i wyłącznie pies.

Tylko pies? A co z kotami? – Koty są według ustawodawcy zwierzętami wolno żyjącymi – stwierdza Konrad Żabka. – Pewnie ze względu na to, że mnóstwo z nich żyje przy blokach i domach, a poza tym kot ma taki charakter, że on zazwyczaj potrafi się szybko zaaklimatyzować w nowych warunkach. Ze względu na to, że prawnie nie jest to tak do końca dograne, to czasem te koty do nas trafiają, ale potem jest problem ze znalezieniem dla nich rodziny adopcyjnej.

Prawa nie znają, a psy wieszają

Buble prawne to szczyt góry “problemowej” schroniska. Okazuje się, że prawo w Polsce nie jest doskonałe także w tej dziedzinie i pracy to schroniskom nie ułatwia. – Ludzie w ogóle nie mają pojęcia o pracy schroniska – przyznaje Konrad Żabka. – Żądają nieraz od nas rzeczy niemożliwych. Na przykład chcą się dostać na kwarantannę, gdzie osobom postronnym nie wolno przebywać, żeby zobaczyć czy pieskowi, którego przywieźli nie dzieje się nic złego (zapewniam, że wszystko jest z psami w porządku). Albo dzwonią z pretensjami, że pies, którego dopiero co wzięli do domu ma biegunkę. Ale co się dziwić? Zmienił środowisko, zmienił karmę, do tego dochodzi stres… To normalne, czasem tak się zdarza.

– Przez tę nieznajomość prawa to cały czas obsmarowują nas na różnych portalach. Ja już na te strony i fora po prostu nie wchodzę – przyznaje Konrad Żabka. Kierownik schroniska stwierdził, że kiedyś przez przypadek przeczytał kilka wątków i wpadł w osłupienie. – Stwierdziłem, że mam naprawdę dobry zawód i ja nie muszę tego czytać – powiedział. – Szczerze mówiąc, to się załamałem, bo nawet jakbyśmy nie wiem jak dobrze wszystko robili, to i tak nie zadowolimy ludzi, a poza tym, w wielu kwestiach ogranicza nas prawo…

Na liście najczęściej pojawiających się zarzutów, znajduje się brak przyjmowania wolontariuszy. – Ja wiem, że jest sporo osób, które chciałyby nam pomóc, ale my nie możemy ich przyjąć. Przede wszystkim dlatego, że ja odpowiadam za każdą osobę, która znajduje się na terenie schroniska i jeśli coś by się takiemu pracownikowi stało, to ja będę miał konsekwencje. Poza tym, potrzebne by były osoby przeszkolone i mające jakieś doświadczenie, a niestety, przychodzą do nas na przykład uczennice, które chciałyby coś zrobić, a nie mają o tym pojęcia – przyznaje kierownik schroniska.

Na szczęście zdarzają się też dobrzy ludzie. W trakcie naszej rozmowy do gabinetu wchodzi kobieta. – Dzień dobry. Czy koty też państwo mają? – pyta. Kierownik przytakuje. – No, to ja żwirek dla kotków zostawię – mówi. Pytamy kierownika, czy często zdarzają się takie wizyty. – Jasne! – odpowiada. – Niektórzy ludzie są fantastyczni. Wystarczy, że na Facebooku ogłosimy jakąkolwiek akcję (na zbieranie siana pod boksy, czy stare dywany na zimę) to ludzie nam pomagają. Mamy też ogromne wsparcie od lekarzy weterynarii z Płocka, którzy robią dla nas niektóre zabiegi za pół ceny, bo u nas wszystkiego zrobić się nie da. Pomaga nam też Olek Moszczew oraz Marcin Różalski, którzy są wielkimi miłośnikami psów.

Zwierzę, które ma jakąś wadę: ma klapnięte ucho, jest kulawe, ślepe, powypadkowe – nikogo nie interesuje. – Tutaj na szczęście też możemy liczyć nieraz na niesamowitych ludzi – mówi pani Renata. – Mieliśmy takiego psa, który był u nas już tak długo, że nawet daliśmy mu imię – Czesiek. Kulejący, ślepy staruszek. Trafił do nas wychudzony i z anemią. Był stary jak ziemia, ale znalazła się dziewczyna, która go zabrała i była wniebowzięta! Teraz Czesiek siedzi w domu i to już jest Czesław, bo jak zobaczyłam jego zdjęcie na Facebooku… Normalnie nie ten sam pies!

Choć pracownicy wykonują swoją robotę z wielką pasją i dbają o to, żeby psy i koty czuły się tam jak w domu, to jednak żadne, nawet najbardziej luksusowe warunki nie zapewnią im ciepła domowego ogniska. Wydawać by się mogło, że ta praca wygląda zgoła inaczej. Tymczasem nie jest ona usłana różami, tak samo jak życie trafiających do tego ośrodka czworonogów. O tych wszystkich problemach i historiach z życia schroniska dla zwierząt w Płocku można by napisać jeszcze co najmniej kilka takich reportaży. Pomimo, iż nasi bohaterowie codziennie zmagają się z setką różnych problemów, to zgodnie twierdzą, że innej pracy sobie nie wyobrażają, a największą rekompensatą za codzienny trud jest wdzięczność zwierząt.

Podziel się.

Patronat i artykuły sponsorowane w PetroNews.pl


Warto Przeczytać


Ostatnie Informacje