Okiem Robaka: Z pożółkłych szpalt „Korespondenta Płockiego”

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Płock to niewątpliwie wyjątkowe miejsce, nie tylko ze względu na swe niezwykle malownicze położenie, ale również ze względu na swą historię. A ta zapisana jest nie tylko w kamieniach, zabytkach, archeologicznych artefaktach. Tworzą je również piśmienne przekazy, takie jak chociażby nasz ulubiony „Korespondent Płocki”. Nie wiem jak Państwo, ale mnie już mocno korci żeby zajrzeć, co się działo u naszych protoplastów w lutym, 140 lat temu…

Nasz ostatni przegląd rodzimej gazety poświęciliśmy m.in. poszukiwaniom oznak karnawału, a zatem kontynuując ten wątek, spójrzmy na takie oto jego podsumowanie zamieszczone w numerze z dnia 1 lutego 1877 roku:

„Zapusty (dawniej karnawał – przyp. aut.) kończą się już z dniem dzisiejszym, lecz od czasu jak ta pora specjalnie przeznaczona na zabawy i rozrywki, żaden zapewne karnawał jak tegoroczny, w niczyjem sercu nie pozostawia tak mało żalu po sobie i takiego braku wspomnień uroczych i rozkosznych. Ze względu też na niewielkie zasługi, jakie na tem polu położył, czujemy się zwolnieni z obowiązku pisania mu dłuższego nekrologu. W ogóle w mieście dawano więcej kinderbalów, jak zabaw dla dorosłych.(…) Jedyną dodatnią stroną ubiegłego karnawału, była znaczna ilość ślubów.”

Powyższa notatka zrodziła mój uzasadniony niepokój. No tak się po prostu nie godzi! Gdzież się podział wigor, fantazja, inwencja i spontaniczność? Czyżby zatem miało się okazać, że „starożytni” Płocczanie byli jednak na wskroś pretensjonalni, sztampowi, a przede wszystkim nudni, niczym tapeta w motylki?

Moich poważnych wątpliwości nie rozwiały też notatki, co się dzieje za oknem, czyli inaczej mówiąc informacje meteorologiczne:

„Pomiędzy wieśniakami krakowskiemi istnieje przekonanie, że jaki jest każdy z 12 dni, licząc włącznie od św. Łucyi do Bożego Narodzenia, takie będą kolejno następne miesiące nadchodzącego roku.(…) Wedle tych wierzeń zimy być nie powinno, a raczej bardzo lekka, Styczeń taki jak był dotąd, Luty nie mroźny, więcej z odwilżami, takiż sam Marzec, w końcu którego ma być dopiero sucho, Kwiecień suchy, a przynajmniej w deszcz nie obfity i ciepły, Maj ciepły z deszczykami częstemi, ale nie wielkiemi, Czerwiec szczególniej w drugiej połowie ciepły, więcej suchy; Lipiec z początku dosyć wilgotny, w drugiej połowie deszczowy; Sierpień mianowicie od drugiej połowy piękny; Wrzesień także, dopiero w ostatnich dniach deszcze; Październik z początku może nawet dżdżysty, w ostatku piękny i suchy; Listopad pogodny, więcej suchy; Grudzień suchy i mroźny. Przepowiednia chłopska wróży pomyślny i spokojny rok, bez klęsk atmosferycznych, jakiego daj nam Boże po kilku wcale nieurodzajnych latach.”

Tak swoją drogą, chyba mocno podupadł nasz powszechnie utrzymujący się pogląd, że niegdyś to były tęgie zimy – mróz po pas i śnieg 30 stopni! Aura, jak tu czytamy, była dość mocno „kompatybilna” ze współczesną, a trudno w tamtych czasach byłoby doszukiwać się „efektu cieplarnianego”, czy też pierwszej fazy ocieplania się klimatu.

I jeszcze jedna, wydawać by się mogło, niewinna notatka w temacie pogody:

„Wiadomości bieżące – Wisła znów pokryła się krą, przewóz jednak dotąd zbyt utrudnionym nie jest.”

Tu siłą rzeczy z szacunku należy uchylić przed naszymi dziadami kapelusza, bo lekko i bez większego zastanowienia rzucone słówko „przewóz” o tej porze roku oznaczało ni mniej, ni więcej, tylko przeprawienie się przez rwącą Wisłę chybotliwą łodzią pomiędzy pływającymi i zagrażającymi bezpieczeństwu przeprawy bryłami lodu.

Cóż, skoro już ustaliliśmy, że nasi dziadowie nie byli „królami karnawału”, nadarza się niepowtarzalna okazja, żeby się dowiedzieć, co tak naprawdę ich frapowało, interesowało, powodowało drżenie serca. Niewątpliwie jedną z takich dziedzin była kultura. Płocczanie regularnie chodzili do teatru, czytali książki i oczywiście prasę, chodzili też na koncerty. Tymczasem w jednym z lutowych wydań „Korespondenta” pojawiła się taka oto informacja:

„Wystawa dzieł sztuki w Płocku. „Kuryer Warszawski” pisze, że wniosek pana J. Ch. Wróblewskiego co do urządzenia prowyncyonalnej wystawy dzieł sztuki, na podobieństwo istniejącej w Warszawie, został przyjęty na posiedzeniu Komitetu Towarzystwa Zachęty sztuk pięknych w Warszawie. (…) Mamy niepłonną nadzieję, że w Płocku nie zabraknie lubowników sztuki.”

Nie mniejszą estymą cieszyła się w tamtych czasach wiedza i to nie tylko encyklopedyczna, lecz również ekonomiczna, finansowa, agrobiznesowa, wieści ze świata, jak też najzupełniej praktyczne wskazówki i rozwiązania. Co zrobić chociażby z brudnymi rękami…

„Z Rypińskiego piszą nam: Drobna to na pozór, ale czasem potrzebna rzecz, mieć sposób na usunięcie plam z ręki, którą choremu niosło się pomoc… (Plamy na rękach?! Jakaś śmiertelna zaraza, o co tu chodzi? – przyp. aut.) …np. usunięcie plam powstałych przy smarowaniu jodyną lub piekielnym kamieniem, temi środkami mocno plamiącemi, a używanemi teraz tak często w medycynie. Prosty przypadek zrządził w domu mojem odkrycie, że nacieranie miejsc splamionych utartym chrzanem, w ciągu kwadransa usuwa z ciała te plamy.”

Autor listu do redakcji na szczęście szybko rozwiał moje najgorsze przypuszczenia, tym niemniej tajemnicą pozostało, czymże jest ów piekielny kamień? Moje małe śledztwo ujawniło, że taką nazwą określano kiedyś lapis, czyli azotan srebra używany jako silny środek antyseptyczny, także do smarowania na trudno gojące się rany. Na dodatek lapis jest też środkiem żrącym skórę, więc smarowanie jej chrzanem… mogło usuwać plamy aż do samych kości.

Porzućmy jednakże medycynę, poniżej przykłady zaszczepiania wiedzy historycznej w oparciu o dzieje naszego miasta:

„Rocznice – 13 lutego 1226 r. przybył do Płocka pierwszy poczet Krzyżaków wezwanych przez Konrada Mazowieckiego, w nieobecności tego księcia Prusacy napadli Mazowsze – wówczas księżna Agazya zwoławszy pospolite ruszenie, dowództwo nad nim oddała przybyłym rycerzom, którzy ze stratą odparli Pruszaków.”

„27 lutego 1229 r. Jadwiga, żona Henryka Brodatego, księcia na Ślązku, którego uwięził Konrad Mazowiecki, przybyła do Płocka uwolnić swego męża.”

Przeglądając łamy „Korespondenta” nie sposób oczywiście nie zajrzeć do ogłoszeń, kapitalnego źródła informacji o ludziach i czasach, w których żyli. Oto chociażby świadectwo czyjejś oficjalnej skruchy… A jednak! Świadczącej o nazbyt hulaszczym sposobie życia:

„Ofiara – pan W. W. złożył kopiejek 50, jako przegraną w zakładzie, dla miejscowego Domu przytułku starców i sierot.”

A nieco poniżej…

„Potrzebną jest każdej chwili Francuzka do towarzystwa i konwersacyi. Wiadomość bliższą w Hotelu Warszawskim, w officynie na dole.”

Nie, nie drodzy Państwo, proszę sobie zbyt wiele nie wyobrażać – rzeczona Francuzka służyła swym towarzystwem jedynie wysoko urodzonym pannom, w żadnym wypadku nie panom! A na koniec jeszcze jedno, frapujące ogłoszenie, niechybnie świadczące o występowaniu już w tych czasach przypadków nieuczciwej konkurencji:

„Doszło do mojej wiadomości, że niektórzy handlujący sprzedają piwo Lagrowe w butelkach pod nazwą Superior, z nieznanych sprowadzane fabryk i w innych gatunkach, jako pochodzące z mego Browaru. Ostrzegam przeto Szanownych konsumentów, iż dla rozpoznania prawdziwego mego Superior od sfałszowanego butelka opatrzona jest prócz mojej etykiety – korkiem, na którem wypalona jest obustronnie pieczęć fabryczna. Wyprzedaż mego piwa urządziłem wyłącznie przy Browarze moim, w ilości nie mniejszej niż 50 butelek, które stosownie do życzenia kupującego odsyłam do handlów i domów prywatnych w Płocku – Piotr Schiefer.”

Oczywiście, w rodzimym periodyku nie mogło również zabraknąć wieści z samego miasta, przepełnionych szczerą troską o jego pomyślność, rozwój oraz zasobność ówczesnego budżetu czyli tzw. „kassy”- wypisz, wymaluj zupełnie jak i dziś:

„Roboty koło skweru na Rynku w tych dniach rozpoczęte zostały – od wydobywania kamieni z bruku. Jest więc nadzieja, że wkrótce ta część miasta, pozbawiona dotąd miłego widoku zieloności, ozdobiona zostanie klombami drzew i kwiatów.”

„Bruki są jednym z najważniejszych wydatków kassy miejskiej, interesem jest więc obywateli naszego miasta usuwać wszystkie przeszkody stojące w przeszkodzie zmniejszenia tychże wydatków. Zwracamy więc uwagę czyją należy, aby się jaknajrychlej postarano o przeniesienie części targu odbywającego się na placu reformackim, gdyż nie mówiąc już o niedogodności wynikającej z zajęcia furami i nierogacizną trotuaru, tak iż nieraz trudno się przecisnąć i ubliżającym służbie bożej akompaniamencie czworonogich – czynią one wielką szkodę w bruku, czemu trzeba jaknajrychlej zapobiedz, gdyż jak ziemia rozmięknie szkody te będą daleko większe.”

A tu przypadek „starożytnej obsuwy”, czyli fuszerki skrzętnie zaobserwowanej przez dociekliwych obywateli, śledzących uważnie poczynania ówczesnego „Magistratu”:

„Brak latarni tymczasowych na Starym Rynku, gdzie dla robót około przyszłego skweru łamie się bruk i wywożą kamienie, może bardzo łatwo stać się przyczyną smutnych wypadków dla osób przejeżdżających, a nawet przechodzących tamże w nocy lub wieczorem. Zwykle w miejscowościach, gdzie prowadzone są roboty ziemne, umieszcza się w dzień znaki ostrzegające, a z nadejściem zmroku zapalone latarnie na żerdziach osadzone, niezachowanie więc tak koniecznej ostrożności na Rynku (…) wydaje nam się niczem nieusprawiedliwioną niedbałością, która zapewne zwróci uwagę właściwej władzy i wywoła odpowiednie rozporządzenie.”

Oczywiście w swym dążeniu do wszechstronnej wiedzy, nie ograniczaliśmy się tylko do swego podwórka. Interesowały nas również sprawy krajowe, a nawet zamorskie. Czy obił się Państwu o uszy termin „księgosusz”? W każdym bądź razie nie jest to proces konserwacji bibliotecznych zbiorów…:

„Zaraza księgosuszowa (wirusowy pomór bydła – przyp. aut.) niedawno uśmierzona w Zakroczymiu, obecnie pojawiła się w osadzie Pieczoługi. Przyczyna tego wypadku dotychczas nam niewiadoma, zdaje się jednak, że jest nią sprowadzenie do Zakroczymia na konsumpyą bydła stepowego, od którego u nas, jak utrzymują pp. Weterynarze, księgosusz jedynie udzielanym bywa bydłu swojskiemu.”

Przerażenie wywołała również informacja, która dotarła właśnie zza oceanu:

„Nowa klęska zagraża przyszłym plantacjom kartofli w Europie: obawiają się powszechnie, czy i tu nie pokaże się straszliwy owad, który od lat dziesięciu nieobliczone szkody zrządza w Stanach Zjednoczonych Ameryki. Nazywa się on Doryphora Decemlineata – płowy, czarno nakrapiany, z kształtu podobny jest do małego chrabąszcza i rozmnaża się z niesłychaną szybkością.”

Tu obawy naszych antenatów nie były wcale na wyrost – „straszliwa Doryphora” przeniosła się do Europy już u schyłku XIX wieku. W Polsce uaktywniła się szczególnie w latach pięćdziesiątych ubiegłego stulecia, stanowiąc „jeden z imperialistycznych elementów zimnej wojny”.… W naszym kraju nazywamy teraz tego chrząszcza bardziej swojsko stonką ziemniaczaną.

Jednakże istnieje pewien rodzaj informacji, który cieszy się ponadczasową estymą i popularnością – są to kroniki kryminalne. Tego, co tak bardzo porusza i „podbija” wyobraźnię czytelników nie mogło też zabraknąć w „Korespondencie Płockim”. Na początek zacznijmy od rzezimieszków schwytanych w mieście Łodzi:

„Fałszerze monet – Gazeta Łódzka donosi, że w nocy z czwartku na piątek, policya miejscowa wykryła szajkę fałszerzy monet. Fałszerzy zaaresztowano, maszyny zaś do wyrabiania monety skonfiskowano.”

A tu wręcz budujący przykład, bowiem jak się okazuje nasi płoccy przestępcy wyróżniali się w trakcie wykonywania swego fachu nienagannymi manierami:

„Kradzieże – W nocy z Soboty na Niedzielę złodzieje dobrali się do piwnicy w domu p. Konstantego Zglenickiego przy ulicy Królewieckiej. Rabusie ci należeli jednak do rzędu ludzi wspaniałomyślnych i nie mieli zamiaru skrzywdzić bardzo właściciela, zabrali jedynie dwie butelki wina i beczułkę kwaśnych ogórków, a oderwane skoble i kłódki, sumiennie na jednem miejscu złożywszy, odeszli ze zdobyczą w spokoju.”

I wreszcie na koniec zostawiłem, mogę stwierdzić z całym przekonaniem, prawdziwą „kryminalną perełkę”:

„Kronika sądowa – opowiemy czytelnikom sprawę sądzoną w Wydziale Kryminalnym. (…) Możnaby ją opisać pod tytułem – żona, mąż i kochanek. I ten kochanek, który uderzeniem topora zabija męża – czy dopuścił się tej zbrodni z miłości dla kobiety, pod wpływem wielkiej namiętności – trudno wiedzieć. (…) Zabity Sobczyński, wdowiec z kilkorgiem dzieci, ożenił się powtórnie z 16 – letnią ładną dziewczyną, z którą znów miał czworo dzieci. W końcu bądź to skutkiem obojętnego wobec żony usposobienia, bądź też zachęcany korzystnym obrotem kontrabandy prowadzonej z Mateuszem Krzemińskim, młodym człowiekiem, zachęcał tegoż, a może i innych, do zalecania się swojej przystojnej żonie. Krzemiński przebywał u Sobczyńskich jak u siebie i nareszcie, jak sam przyznał w śledztwie, za namową żony, nie mogąc otruć, zabił męża pijanego, powracającego z Sierpca. Wprawdzie przed sądem Krzemiński wszystkiemu zaprzeczył, jednak sędziowie uznali go winnym skazując na 11 lat ciężkich robót. (…) Sprawa ta miała jeszcze inne ciekawe zakończenie. Podsądnych odprowadzało do więzienia dwóch żołnierzy i dozorca. Na rogu ulicy Więziennej, około poczty, Krzemiński niespodzianie uciekł w aleje, a następnie przez wał miejski na pole w kierunku Niegłos. Pobiegł za nim jeden żołnierz, strzelal trzy razy, ale chybił i Krzemiński zniknął z oczu w parowie(..) Nieszczęściem dla zbiega był silny mróz i jego bardzo lekkie ubranie. Skutkiem zziębnięcia zmuszony był schronić się w Maszewie do jakiejś chaty, gdzie też zaraz został schwytany przez sołtysa, zawiadomionego już przez tutejszą policyę.”

Tak powoli nasza peregrynacja w czasie dobiega końca. Może też ci nasi pradziadowie nie przepadali specjalnie za karnawałem, ale fantazji, inwencji i ciekawości świata to im w żadnym wypadku odmówić nie można. Na pewno też bez oficjalnych zapowiedzi i anonsów rozkręcili w zapusty niejedną, całkiem fajną „domóweczkę”…

Podziel się:

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji