REKLAMA

Moją uwagę przykuł jakiś czas temu zdjęciami z Czarnobyla. Później na jego profilu zaczęły pojawiać się portrety. Modelami byli ludzie mocno doświadczeni przez los. Każde doświadczenie odcisnęło piętno zmarszczką na twarzy, czasem złamanym nosem, przekrwionymi oczami. To portrety osób, których życie nie jest wygodne. Jaka jest ich historia?

Z Sylwestrem Nesterukiem poznałam się podczas wywiadu do naszego cyklu „Obiektywnie o Płocku”. Pokazał w nim swoje przejmujące zdjęcia z opuszczonego Czarnobyla. Teraz jego fotografie ponownie poruszyły moje emocje. Jak doszło do tego, że od fotografowania nietypowych miejsc przeszedł do fotografowania twarzy i stworzenia projektu Portret Sugestywny?

– Pamiętam, kiedy na samym początku swojej przygody z fotografią powiedziałem, że nie będę fotografować ludzi, bo mnie to kompletnie nie interesuje – zamyśla się Sylwester. – Obecnie sam do końca nie jestem w stanie powiedzieć dlaczego tak uważałem. Może miało to spory związek z moją introwertyczna osobowością? Być może – tak tylko głośno myślę – zastanawia się.

Ponad rok od momentu, kiedy postanowił zacząć swoją przygodę z fotografią stwierdził, że robi wszystko i nic.

– A to jakiś widoczek, kwiatek, ptaszek, trochę fotografii z czarnobylskich wypraw. Choć wszystko w ramach nauki. Kilka udanych zdjęć było, jednak żadnej większej spójności czy sensu. Fakt, że warsztat wtedy nadal był ubogi, cały czas był to etap wstępnej nauki, rozumienia i widzenia fotograficznego, ale gdzieś tam tliła się we mnie chęć pójścia dalej. Właśnie mniej więcej po roku, może półtora, zaczęła kreować się we mnie pewna dojrzałość fotograficzna. Chciałem mieć fotograficzny cel, tworzyć coś spójnego, pójść w temacie fotografii o krok, a może dwa dalej – tłumaczy.

To właśnie wówczas, na przełomie 2015 i 2016 roku postanowił, że podejmie temat portretów osób doświadczonych przez los, choć nie miał jeszcze kompletnie żadnego doświadczenia w fotografowaniu ludzi.

Sylwester Nesteruk

– Dlaczego akurat takie portrety? To wyszło gdzieś z „wewnątrz”. W fotografii portretowej zdecydowaną większość stanowią młode modelki lub dzieci. Kompletnie nie czułbym się w tej roli jako fotograf portretowy. Natomiast czułem zupełnie coś innego odnośnie fotografii ludzi już doświadczonych życiowo, z historią życia wypisaną na twarzy, możliwości fotografowania ludzi nieznanych mi, spotkanych na ulicy pokazując tych, którzy są mijani na ulicy niezauważeni, z góry przegrani. Wszystko zahaczające troszkę o „Jedynie prawda jest ciekawa” – wyjaśnia.

W końcu zaczął realizować swój projekt, na początku szukając swojej drogi i stylu, napotykając po drodze problemy, te większe i mniejsze.

– To też trochę jak wygrać z samym sobą, bo to też nie jest proste logistycznie, nie mówiąc już o silnych emocjach, które się zdarzają. Bywało się, że po rozmowie wracałem chory, pełen bezsilności i myśli. Zastanawiając się, czy to co robię jest dobre, etyczne. Jednak są przecież fotografowie wojenni. Takie jest życie. Widzimy je na ulicy. Albo może nie widzimy… – mówi zamyślony.

Jak tłumaczy, znajduje w tym wszystkim nawet powiązanie do jego upodobania w kwestii literatury. – Nie jestem molem książkowym, ale zauważyłem, że ogromne wrażenie zrobiła na mnie chociażby biografia śp. Andrzeja Kaczkowskiego „Ja, hipis-narkoman. Od fascynacji do degrengolady”, a obecnie jestem zafascynowany czytanym reportażem Tomasza Michniewicza „Chrobot. Życie najzwyklejszych ludzi świata”. Żadnej fikcji. Wszystko odnosi się do życia – mówi Sylwester.

Wspomina też o swoim wieloletnim przyjacielu, Adamie Zielińskim, również hobbystą fotograficznym.

– Pamiętam, kiedy po czwartym, piątym, może szóstym moim portrecie, jeszcze w 2016 roku, powiedział do mnie: „Wiesz co, nawet fajnie to wychodzi. Zacznij może jeszcze pisać coś o tych osobach, może o ich historii?”. Faktem jest, że nie zacząłem robić tego od razu, ale to Adam zapalił mi lampkę w głowie, rzucając taki pomysł. Nie od razu byłem na to gotowy, ale cały czas z tyłu głowy pamiętałem te słowa. Dziś staram się to realizować i wdrożyłem w życie, opowiadając o portretowanej osobie nie tylko fotografią, ale i tekstem – kończy fotograf.

Obiektywnie o Płocku. Sylwester Nesteruk: Urzekł mnie klimat Czarnobyla

Mam na imię Janusz

Wiele razy rozmawiałem z Januszem. O jego bezdomności, jak to jest, czy jest ciężko, czy chciałby to zmienić. Zawsze zdziwiony słuchałem tego, że nie jest tak ciężko, choć bywa czasem zimą, ale nie jest źle. Przyjdzie na ławkę, poogląda zachód słońca, że rano wstanie i pójdzie na spacer, że jest wolny. Nawet mimo tego, że chodzi o kulach, kiedy lata temu stracił nogę w wyniku odmrożenia. Sam mówił, że jemu taki koczowniczy tryb życia odpowiada. Podziwiałem jego podejście, bo człowiek często martwi się mało istotnymi sprawami, czasami w tym całym zamieszaniu tak mało istotnymi, a nie dostrzega tak zwyczajnych, ale pięknych chwil, kiedy żyje się z dnia na dzień. Zastanawiałem się wiele razy czy tylko tak mówi, czy tak faktycznie myśli. Im częściej go spotykałem podczas spacerów i rozmawiałem, tym bardziej przekonywałem się do tego, że tak jest. To zupełnie inne życie, choć trudne, niby z dala od tego dzisiejszego wyścigu korpo-szczurów, a jednak taka sama walka o przetrwanie, choć na trochę innych zasadach…

Pan Janusz, fot. Sylwester Nesteruk

Mam na imię Jarek

Kiedyś miałem wszystko. Miałem dom, rodzinę, pracę. Dziś jestem bezdomnym od 1999 roku. Miałem żonę i syna. Pracowałem jako kierowca, dużo jeździłem. Dziś mówię, że miałem wszystko, choć nie byłem bogatym człowiekiem. Miałem na chleb, miałem mieszkanie oraz rodzinę. Nigdy nie sądziłem, że skończę na ulicy. Posiadałem mieszkanie, a wraz z nim kredyt. Mieszkaliśmy z żoną oraz synem. Niestety, żona odeszła razem z synem. Wyjechali do Niemiec.
Straciłem pracę. Zostałem z kredytem sam. Pojawił się komornik, a ja znalazłem się na ulicy. Zacząłem pić. Dziś jestem alkoholikiem. Próbowałem wyjść z nałogu, parę razy dobrowolnie poddałem się terapii. Był czas, kiedy nie piłem pół roku. Jednak znów znalazłem się na ulicy i wszystko wróciło. To siedzi w głowie, to jest choroba. Próbowałem. Nie życzę nikomu takiej wegetacji…
Co to za życie? Wiele razy miałem myśli samobójcze, ale zwyczajnie zabrakło odwagi… To może spotkać każdego, dosłownie każdego.

Pan Jarek, fot. Sylwester Nesteruk

Mam na imię Roman

W życiu różnie bywało. Miałem dwie żony. Obie zmarły. Dziś mam 66 lat i mieszkam na Słowackiego, ponad 2 km idąc stąd – ze Starego Rynku. Kiedyś mieszkałem właśnie tu, obok w tej kamienicy pod numerem 11, tylko od strony podwórka. Tyle lat… Mam sentyment do tego miejsca, ciągle tutaj wracam. Więcej mnie tu, na ławce, na starych śmieciach, niż w domu.

Pan Roman, fot. Sylwester Nesteruk

Mam na imię Stanisław

Mam 63 lata, a od 5 lat jestem bezdomny. Jak to się stało? Cóż, po śmierci żony po prostu się załamałem. Pracowałem. Miałem dobrą pracę, pracowałem w urzędzie, ale po śmierci żony zacząłem pić. Na tyle dużo, że z czasem straciłem pracę, a potem w końcu i mieszkanie. Wylądowałem na ulicy.

Pan Stanisław, fot. Sylwester Nesteruk

Mam na imię Janusz

Mam… 62 lata. Rocznik pięćdziesiąty trzeci. Od lat jestem bezrobotny. Jestem po rozwodzie, rozwiodłem się z żoną już dawno… może 15 lat temu. Mam dwie córki. Czasem mnie odwiedzają… Kiedyś pracowałem w Petrochemii, dzisiejszym Orlenie, ale sam się zwolniłem. To przez te wszystkie kłopoty, po prostu zmęczyłem się tym wszystkim psychicznie… tym rozwodem i całą sytuacją. Potem czasem pracowałem, ale tylko dorywczo. Tutaj kiedyś mieszkałem z żoną. Obecnie mieszkam z bratem. Nie ma go teraz w domu. Pracuje, wróci z pracy o 18…

Pan Janusz, fot. Sylwester Nesteruk

Mam na imię Sebastian

Mam na imię Sebastian i w lipcu skończę 44 lata. Jestem wojskowym – żołnierzem, starszym chorążym sztabowym. Mam pewnych 7 ludzkich istnień na sumieniu…
Byłem na misjach w Iraku oraz dwa razy w Afganistanie. My, żołnierze, na misje w Afganistanie mówimy Afgan. W wieku 26 lat poślubiłem pierwszą żonę. Jeszcze wtedy nie jeździłem na misje. Pierwszy raz do Iraku pojechałem w wieku 28 lat. Na misji w Iraku nikogo nie zabiłem.
Po powrocie z misji w Iraku, w wieku 30 lat, rozwiodłem się z żoną. Podczas pobytu w Iraku znalazła sobie kogoś innego, choć sam myślę, że już wcześniej miała kogoś na oku. Powiedziała mi, że jak wyjadę, to nie mam po co wracać.
2 lata po rozwodzie znowu pojechałem na misję, ale tym razem do Afganistanu. To właśnie na misjach w Afganistanie, walcząc na polu walki, zabiłem na pewno 7 bojowników, a być może i więcej… Gdybym tego nie zrobił, być może dziś byśmy tu nie rozmawiali. Żołnierze na wojnie potrafią kamuflować się na cywili, ale statystycznie na wojnie, niestety, najwięcej ginie właśnie cywili.
Bałem się, że zginę. Potrafiłem budzić się w nocy, spadać z łóżka w związku ze stresem i strachem. Miałem wizje pola walki, które objawiały się w nocy. Trupy i krew. To siedzi w głowie do dziś i pewnie zostanie do końca…
Miałem jaja na wojnie, ale w życiu prywatnym zawiodłem.
Po powrocie z ostatniej misji w Afganistanie przegrałem z czarodziejką gorzałką… W wieku 39 lat poznałem miłość swojego życia – Renatę. W związku z moim uzależnieniem wiem, że to ja zawiodłem. Jednak wszystko chcę naprawić. Daj mi ostatnią szansę. Renata błagam, zmienię wszystko. Jesteś w tym moim problemie moją ostatnią ostoją. Kocham Cię.
Urodziłem się i umrę żołnierzem…

Pan Sebastian, fot. Sylwester Nesteruk

Mam na imię Józef

Mam 63 lata. Pochodzę z Kcynii. Miałem żonę i czwórkę dzieci z żoną. Dwóch chłopaków i dwie dziewczyny. Kiedyś pracowałem jako murarz. Tak jak to w budowlance – alkohol był. Ja nie wylewałem za kołnierz, choć nie piłem też na umór. Zawsze do domu dotarłem, choć czasem zdarzało się, że ktoś mnie podprowadził do domu.

Poważne problemy zaczęły się 20 lat temu, gdy żona zachorowała na raka macicy. Miała operacje i po operacji dłuższy czas było dobrze. Jednak po 4,5 roku od operacji zmarła. Były przerzuty. Jeździliśmy na chemie autobusem lub ktoś nas zawoził. Właśnie po śmierci zacząłem pić kompletnie.
Mieszkałem wtedy z młodszą córką. Początkowo nie chciałem pić przy wnukach i unikałem tego, ale w pewnym momencie tego stanu już, niestety, nie zwracałem już na to uwagi. Zgłosiłem się do psychiatry. Skierowano mnie do Świecia na leczenie depresji. Pojechałem tam, zawiozła mnie tam córka wraz z sąsiadem. Spędziłem tam 6,5 tygodnia.
Po wyjściu było stosunkowo dobrze. Mój stan się poprawił. Nie piłem przez 3 miesiące i nie czułem potrzeby picia. Po tych 3 miesiącach od wyjścia z zakładu w Świeciu córka wyjechała do Anglii ze swoim partnerem, dziećmi, a moim wnukami oraz swoim bratem Tomaszem, czyli moim najmłodszym synem. Najstarszy z synów i najstarsza córka zostali na miejscu.
Jak pojechali tak zacząłem po tych 3 miesiącach ponownie pić. Doszło do tego, że jak dzwonili z Anglii to ja nie odbierałem telefonów. Dodzwonili się do najstarszego syna i syn im powiedział, ze coraz więcej pije, że sprowadzam kumpli do mieszkania. Po 1,5 roku najmłodszy syn Tomek przyjechał i zabrał mnie do Anglii. Siedziałem tam bezczynnie miesiąc czasu, choć przez ten czas zajmowałem się wnukami, zaprowadzałem do przedszkola, gotowałem obiad. Po tym miesiącu siedzenia w domu chciałem podjąć jakąś pracę. Młodszy z synów – Tomasz – postanowił mi w tym pomoc. Udało się to załatwić tak, ze zacząłem prace tam, gdzie pracował syn Tomasz.

(…)

Po około 3-4 dniach po przylocie do Polski zacząłem odczuwać bardzo mocny ból brzucha oraz zacząłem zwracać krwią. Pojechaliśmy do szpitala. Okazało się, ze pękł mi żołądek. Przeszedłem dość poważną operację. W związku z tym zostałem w Polsce, a w firmie w Anglii rozwiązali ze mną umowę po 3 miesiącach pobytu tu na miejscu. Syn Tomek wrócił do Anglii, ale biorąc pod uwagę moją chorobę 5 miesięcy po operacji rodzina wróciła do mnie do Polski.

300 metrów od miejsca zamieszkania miałem działkę, około 250 m2. Tak ogólnie to miałem dwie działki. Była tam altana. Przebywał tam mój syn Tomek oraz chrześniak mojej zmarłej żony Mirek, który był wtedy bezdomny i ja mu tam pozwoliłem spać. Mój syn Tomek poszedł spać, a Mirek postanowił zapalić papierosa. Ja wtedy wróciłem do tego wyremontowanego mieszkania. Mirek pod wpływem alkoholu prawdopodobnie zasnął z papierosem, który upadł w tej altanie na dywan, szmaty i to się wszystko zapaliło. Ogień dotarł do butli z gazem, która rozszczelniła się i wybuchła.
Wybuchła o 23.02. Pamiętam to dokładnie… Obaj wtedy zginęli, mój syn Tomasz oraz Mirek…

Po tym całym wydarzeniu zacząłem się obwiniać, że to jest moja wina, że mogłem temu zapobiec. Zacząłem znowu intensywnie pić, winić się za to i ponownie wpadłem w depresję. Wróciłem do Świecia na leczenie psychiatryczne.

(…)

Po 4 tygodniach wyszedłem. Po wyjściu jednak dalej piłem i po 2,5 miesiąca po raz kolejny trafiłem na leczenie do Świecia. Wtedy Pani doktor namówiła mnie na odwyk. Zgodziłem się i poszedł na odwyk otwarty. Było to 40 sesji od poniedziałku do piątku po 8 godzin. Za bilety zwracali. Było jedzenie, woda. Było dobrze. Po odwyku przez pół roku udało mi się nie pić, ale niestety znowu do tego wróciłem. Zwyczajnie zacząłem chlać. Trzeba wprost to powiedzieć.

Miałem sprawę sądowa za znęcanie się psychiczne nad córka i dostałem 6 miesięcy w zawieszeniu na 2 lata oraz kuratora i miałem orzeczony zakaz zbliżania się do córki. Mimo wyroku kontakt z córką miałem – telefoniczny, czasem bywałem pilnować wnuków, gdy była taka potrzeba…
Raz kiedy przyszedłem pilnować wnuków wypiłem tam 2 piwa. Córka wróciła z Bydgoszczy i znowu zaczęła krzyczeć na dzieci. Wyczuła, że wypiłem i ponownie zadzwoniła na policje. Trafiłem na 8 miesięcy bezwzględnego pozbawienia wolności do więzienia.

W rzeczywistości ja się nad nią nie znęcałem. Ani córki, ani wnuków, ani nikogo nigdy nie uderzyłem. Przyznaję, zawsze byłem lekko wypity, ale Ona czasami biła wnuki, a ja starałem się je wtedy bronić. Ona potem mściła się i dzwoniła na policję mówiąc, że ja Ją wyzywam. Ona była taką furiatką. Za dużo słuchała się tego swojego partnera, który za mocno Nią sterował. Co On powiedział, tak musiało być.
Mnie serce bolało i nie chciałem mówić, że czasem je bije. Bałem się, że odbiorą Jej te dzieciaki i że trafią do domu dziecka. W sądzie po prostu nie broniłem się i wziąłem winę na siebie. Zależało mi na wnukach, a córka też wiedziała, że mieszkanie należy do mnie i nie wyrzucę ich z mieszkania.
Mieszkanie było moje i to ja mogłem w nim mieszkać, ale ze względu na dobro wnuków to ja się wyprowadziłem. Wyraziłem pisemną zgodę, że mogą tam mieszkać. Bardzo je kocham.

Od tego czasu jestem bezdomny. Moja bezdomność na dzień dzisiejszy trwa 4 lata. Obecnie już nie rozmawiam z córką. Rodzeństwo też nie utrzymuje z Nią kontaktu, brat również. Ja utrzymuje kontakt z najstarszym synem, drugą – starszą z córek, z ojcem i najstarszym wnukiem, który dziś mieszka właśnie z moim ojcem. Uważam, że głównym powodem i problemem tego wszystkiego wokół był właśnie alkohol.

Dziś już trochę choruję. Mam wrzody na żołądku, na dwunastnicy, problemy z prostatą i miażdżycę. Jednak moim marzeniem jest postawić się na nogi i wyjść z tego. Żebym po prostu z tego wyszedł. Spróbować jeszcze ułożyć sobie życie. Jeszcze nie jestem taki stary, żeby się skreślić…

Pan Józef. Fot. Sylwester Nesteruk

Całość ostatniej historii oraz pozostałe portrety możecie obejrzeć na profilu PORTRET SUGESTYWNY.