REKLAMA

Kim są patroni płockich ulic? Połączyła ich awangarda – Franciszka i Stefan Themersonowie

REKLAMA

W przypadku naszych bohaterów doskonale sprawdza się powiedzenie, że najtrudniej jest być prorokiem we własnym kraju. Dorobek małżeństwa Themersonów i jego wpływ na kształt awangardy artystycznej XX wieku jest bezsprzeczny i stał się powszechnie uznanym kanonem w Europie, jednakże w rodzinnym gnieździe wciąż jest niedoceniany, wymaga wielokierunkowych działań w zakresie popularyzacji. Tymczasem wszystko rozpoczęło się w Płocku, tu bowiem urodził się Stefan Themerson.

Czy zatem w naszym mieście pamiętamy o tej prekursorskiej spuściźnie, która miała przemożny wpływ na kulturowy rozwój Starego Kontynentu? Już kilka lat temu Themersonowie stali się patronami niepozornej ulicy, rozpoczynającej się od skrzyżowania z ulicą 1 Maja i biegnącej w kierunku pływalni Jagiellonka. Jednakże tych zasłużonych płocczan uhonorowaliśmy także w szczególny i chyba najbardziej adekwatny sposób, ponieważ już od 10 lat tradycyjnie odbywa się festiwal SkArPa, na który składa się szereg wystaw, konkursów, wernisaży, koncertów i innych działań artystycznych, popularyzujących themersonowską wizję świata.

Zanim jednakże na firmamencie awangardy na dobre rozbłysła nasza „supernova”, pewnej styczniowej nocy 1910 roku w kamienicy przy ulicy Grodzkiej 5 rozległ się donośny płacz dopiero co narodzonego dziecka; to właśnie w domu doktorostwa Themersonów, rodziny zasymilowanych Żydów, przyszedł na świat syn, któremu wkrótce nadano imię Stefan. Był chłopcem nadzwyczaj spokojnym, małomównym, pogrążonym we własnych myślach, wciąż nieobecnym. Nie miał kolegów oprócz Kazimierza Askanasa (późniejszego wybitnego adwokata, autora prac naukowych z zakresu historii sztuki, socjologii, historii prawa oraz długoletniego wiceprezesa Towarzystwa Naukowego Płockiego), który w dzieciństwie mieszkał w tej samej kamienicy. Widywali się codziennie, zatem wspólnie spędzali czas na podwórku. Jak się potem okazało, chłopięce koleżeństwo przerodziło się w trwałą przyjaźń na całe życie.

fot. Waldemar Robak

Oprócz podwórkowych zabaw, małego Stefana pochłaniała jeszcze jedna namiętność; uwielbiał przebywać w gabinecie lekarskim swego ojca – Mieczysława, wyposażonym w najprzeróżniejsze, skomplikowane urządzenia do badań, które rozpalały dziecięcą wyobraźnię.

Rodzic miał przemożny wpływ na rozwój chłopca. „Małachowiak” i absolwent Wydziału Lekarskiego Uniwersytetu Warszawskiego po ukończeniu studiów powrócił do rodzinnego Płocka. Tu otworzył praktykę lekarską i wkrótce stał się wziętym doktorem, a w wolnych chwilach, często po nocach pisał poezje, nowele, uprawiał publicystykę i tworzył utwory dramatyczne. Kilka z nich z powodzeniem zostało wystawionych na deskach teatru w Łodzi. Z pasją angażował się także w sprawy społeczne.

Po wielu latach starań, dzięki jego inicjatywie przebudowano dawne stajnie kawalerii rosyjskiej, które znajdowały się w tak zwanym Czarnym Dworze (obecnie miejsce w pobliżu ulicy Stefana Okrzei) na mieszkania dla najuboższej ludności. Po jakimś czasie nazwa Czarny Dwór poszła w zapomnienie i paradoksalnie użytkownicy tych pierwszych w Płocku lokali socjalnych powszechnie podawali, że mieszkają przy „ulicy Themersona”.

fot. Waldemar Robak

Rzeczą godną uwagi jest fakt, że Mieczysław Themerson współpracował przy realizacji swych projektów społecznych w ramach Towarzystwa Higienicznego ze swym przyjacielem, równie wybitnym płockim lekarzem – Aleksandrem Macieszą, który, co w tej opowieści nie jest bez znaczenia, był zapalonym pasjonatem fotografii.

Po latach Stefan powiadał o swym ojcu, że był „(…) muzykalny, grywał za młodu na skrzypcach, lubił wykonywać melodeklamacje utworów własnych i cudzych przy towarzyszeniu fortepianu, był uczuciowo sentymentalnie romantyczny, stylistycznie naiwnie barokowy, (…) a życiowo ogromnie niepraktyczny realista.” Niewątpliwie atmosfera domu rodzinnego rozbudziła w Stefanie nie tylko zdolności artystyczne, lecz także nieposkromiony zapał do eksperymentowania.

Niestety, sielankę dzieciństwa przerwała I wojna światowa. Ojca zmobilizowano do carskiego wojska w charakterze lekarza do szpitala w Wielkich Łukach, a wraz z nim na wschód podążyła cała rodzina – matka Salomea, najstarszy, czternastoletni brat Roman, dziewięcioletnia siostra Irena oraz najmłodszy, ledwie czteroletni Stefan.

Do Płocka Themersonowie powrócili jesienią 1919 roku. Chłopca bez zwłoki zapisano do ówczesnego Gimnazjum im. Władysława Jagiełły. Z uczeniem się nie miał specjalnych problemów, sprawom szkolnym nie poświęcał jednak zbyt wiele uwagi, nie interesował go sport, ani kontakty rówieśnicze. Już w pierwszym roku nauki próbował pisać wiersze, malował też akwarele.

W trzeciej klasie gimnazjum jego edukację na cały rok przerwała choroba, ale dla młodego artysty był to okres upragnionej, twórczej swobody. Bez szkolnych obowiązków i rygorów mógł bez przeszkód oddać się swym pasjom. Metodycznie ćwiczył swe zdolności rysunkowe i malarskie. Kazimierz Askanas nazwał wczesne obrazy swego przyjaciela pierwszymi próbami malarstwa abstrakcyjnego w Płocku. Na dobre pochłonęła Stefana również fotografia, zapewne jej nieograniczone możliwości odkrył za sprawą doktora Aleksandra Macieszy. Uzbrojony w sfatygowany aparat marki Kodak przemierzał płockie ulice poszukując tematów i scen.

fot. Waldemar Robak

Swe pierwsze eksperymenty w tej dziedzinie, gdzie o wiele istotniejszym od odwzorowania przedmiotów stały się wrażenia czysto artystyczne, określił mianem „fotografii lirycznej”. Zdjęcia te spotkały się pochlebną oceną ówczesnego krytyka sztuki i filmu prof. Stefanii Zahorskiej, która w swym liście do Stefana Themersona wyrażając się pochlebnie o fotografiach, które przedstawiono jej do oceny, zachęcała go do dalszych poszukiwań, tymczasem nastoletniego artystę wciąż pochłaniały coraz to nowe obszary eksploracji.

Zapałem do matematyki i fizyki zaraził go starszy brat. W 1924 roku Stefan samodzielnie zbudował pierwszy w Płocku odbiornik radiowy i jednocześnie zaczął interesować się filmem; do nowej pasji podchodził metodycznie studiując wszelkie dostępne w Bibliotece Towarzystwa Naukowego książki i czasopisma z tego zakresu. Wielkie wrażenie wywarł na nim obraz złamanego obojczyka spod ojcowskiej, rentgenowskiej lampy, a także wyświetlony na ekranie kina efekt zerwanej kliszy – abstrakcyjne, wywrócone od podszewki skrawki rzeczywistości, na pozór nie warte naszej uwagi.

Jeszcze w okresie gimnazjalnym Stefan Themerson zadebiutował wierszem „W kinie” wydrukowanym w „Głosie Prawdy”. Ojciec czytujący tę gazetę był głęboko poruszony, na dobre uwierzył w talent swego syna. Niedługo potem w „Mazowszu Płockim i Kujawach” ukazało się opowiadanie „Beczka”. Jednocześnie Stefan pracował na swą pierwszą powieścią. Z chwilą zdania matury w 1928 roku zakończył się jego płocki okres życia i chociaż jeszcze dość często odwiedzał swe rodzinne miasto, to już na dobre przeniósł się na studia do stolicy.

fot. Waldemar Robak

Tu na początku nie dostał się na Politechnikę, dlatego też najpierw studiował nauki matematyczno-przyrodnicze w Wolnej Wszechnicy Polskiej, a po roku dostał się na Wydział Architektury Politechniki Warszawskiej. Swej edukacji nie zakończył jednakże dyplomem; zadecydowało serce i pokierowało jego życiem. W czasie pobytu w stolicy spotkał w pewnym momencie na swej drodze Franciszkę Weinles, znali się już z dzieciństwa dzięki rodzinnym koneksjom, teraz już w dorosłym życiu uważnie popatrzyli sobie w oczy i nie trzeba było żadnych zbędnych słów – połączyło ich namiętne uczucie i niepohamowana pasja tworzenia, obydwoje też kochali kino…

Franciszka urodziła się w Warszawie 28 czerwca 1907 roku w rodzinie wziętych artystów. W domu wciąż rozbrzmiewała muzyka i śpiew, dyskutowano o sztuce, tworzono obrazy i rysunki. Ojciec Jakub Weinles był uznanym, warszawskim malarzem, prowadził własne studio, w którym udzielał lekcji z malarstwa i rysunku. Mała Franciszka po raz pierwszy stanęła tam przy „dorosłych” sztalugach już w wieku 7 lat. Matka Łucja była pianistką i nie mogło być pewnie inaczej, szybko zajęła się edukacją muzyczną swej córeczki, która potem przez trzy lata uczyła się w Warszawskiej Akademii Muzycznej.

W późniejszych wspomnieniach Franciszka powracała jednakże do swej prawdziwej pasji – rysunku i malarstwa, kiedy jako kilkuletnia dziewczynka rysowała na czym tylko się dało i gdzie było choć trochę wolnego miejsca – na kartkach, na ścianach, a nawet na śnieżnobiałych obrusach… Już w 1922 roku wzięła udział w IV Wystawie Malarstwa i Rzeźby gminy żydowskiej i zaraz po ukończeniu szkoły muzycznej rozpoczęła studia w warszawskiej Akademii Sztuk Pięknych pod kierunkiem Tadeusza Pruszkowskiego.

fot. Waldemar Robak

Po 7 latach wytężonej nauki mogła poszczycić się pierwszą nagrodą za dyplom z malarstwa i pierwszą nagrodą za dyplom z całego wydziału. W tym momencie artystycznej drogi Franciszka zdawała sobie sprawę, że zyskała solidną podbudowę warsztatową, teraz jednakże przyszedł czas na to, aby pracować nad środkami artystycznej ekspresji, poszukać własnego stylu i uwolnionego z uczelnianych rygorów autentyzmu malarskiej wypowiedzi.

W 1931 roku Franciszka i Stefan wzięli ślub. Już od chwili spotkania w czasie studiów w Warszawie snuli dalekosiężne plany. Po to aby je zrealizować, wydali kilka książek dla dzieci w języku hebrajskim, najczęściej autorstwa Stefana z ilustracjami i typografią opracowanymi przez Franciszkę. Już wtedy ujawnili, w którym kierunku będą podążać; książki zdecydowanie odchodziły od przyjętych zasad, zachwycały ilustracyjną swobodą i rozwiązaniami graficznymi, uwalniały dziecięcą wyobraźnię i jednocześnie zawierały w sobie istotny walor edukacyjny.

Uzyskane w ten sposób fundusze małżeństwo przeznaczało na realizację awangardowych projektów, które zmierzały transgranicznego połączenia różnych dziedzin sztuki z osiągnięciami nauki i technologii.
Nowoczesny na owe czasy film oferujący szereg niewykorzystywanych dotąd możliwości i zastosowań, wydawał się medium dla tych celów wprost wymarzonym. Już w 1930 roku zadebiutowali krótkim metrażem pt. „Apteka”, potem nakręcili „Europę” (1932), a w 1937 roku najbardziej znany obraz „Żywot człowieka poczciwego” – opowieść o przeciętnym urzędniku, który w pewnym momencie odbiera telefon i słyszy w słuchawce: „Nie będzie dziury w niebie, jeżeli pójdziesz tyłem”. Zatem bohater w ten sposób zaczął przechadzać się po mieście; jego zachowanie spotkało się natychmiast powszechnym potępieniem.

fot. Waldemar Robak

Obraz, określony przez twórców jako „humoreska irracjonalna”, wykpiwał schematyzm myślenia, nietolerancję i szowinizm społeczeństwa polskiego końca lat trzydziestych, w którym każde złamanie stereotypu natychmiast jednoczyło ludzi w gremialnym ostracyzmie, ale jednocześnie stawał po stronie indywidualizmu i prawa człowieka do własnej ekspresji.

Warto tu podkreślić, że kiedy Themersonowie rozpoczęli swe eksperymenty z celuloidową kliszą, w kraju nie istniała jeszcze tradycja filmu artystycznego, a polska kinematografia ograniczała się jedynie do obrazów komercyjnych, niejednokrotnie miałkich i tandetnych. Oczywiście zdawali sobie sprawę, że ich twórczość ma charakter elitarny. Jak to ujął Stefan „(…) film artystyczny popularny być nie może, ponieważ wymaga od widza specjalnej kultury, przygotowania i dobrej woli”.



W 1938 roku Themersonowie w poszukiwaniu swych artystycznych inspiracji wyjechali do Paryża. To miasto wciąż było Mekką sztuki, pojechali tam więc po „naukę i atmosferę”. Wkrótce jednak wybuchła wojna. Małżeństwo bez wahania zgłosiło się do Biura Werbunkowego Ochotników Armii Polskiej. Franciszkę skierowano do pracy w Polskim Ministerstwie Informacji w Paryżu, przeniesionego w wyniku rozwoju wojny do Anglii. Stefan został szeregowym 8 pułku piechoty Armii Polskiej operującego w północnej Francji.

W czerwcu 1940 roku jego oddział został rozbity, a on sam na piechotę dotarł do Paryża. Potem udało mu się przedrzeć do nieokupowanej przez Niemców części Francji i zamieszkał w schronisku Czerwonego Krzyża pod Grenoble. Tu utknął na długie miesiące, z Franciszką miał jedynie sporadyczny kontakt listowny, zajął się więc pisaniem opowiadań i powieści dla dorosłych. W tym czasie powstaje między innymi kultowy, najbardziej dziś rozpoznawalny „Wykład profesora Mmaa” – eksperymentalny utwór znamionujący, w którym kierunku będą się rozwijać jego awangardowe dokonania literackie. „Wykład…” to filozoficzna analiza stanu ludzkiej mentalności, jej poziomu rozwoju, a może właśnie w chwili permanentnej destrukcji. Scharakteryzowanie ludzkich zachowań z perspektywy kolonii termitów ujawnia naszą słabość, skłonność do autodegradacji, dążność do samounicestwienia.

fot. Waldemar Robak

Po długich staraniach, załatwieniu przez Franciszkę wielu formalności, dopiero w 1942 roku przez Hiszpanię i Portugalię Stefanowi udaje się dotrzeć do Londynu. Podejmuje tu pracę w sekcji filmowej ministerstwa informacji i na jego zlecenie małżeństwo nakręca film „Calling Mr Smith”, który ma trafić do świadomości Anglików ukazując, jak wiele cierpień, bestialstwa i okrucieństw spotyka Polaków w okupowanym kraju.

Eksterminacji doświadczyły obydwie rodziny małżonków; wszyscy najbliżsi zginęli na skutek holocaustu, ocalała jedynie siostrzenica Franciszki Jasia Reichardt, wyprowadzona z warszawskiego getta tuż przed jego likwidacją. Themersonowie sprowadzili ją w po zakończeniu wojny do Londynu.

„Wychowali mnie – wspominała Jasia Reichardt – wysłali do szkoły z internatem, nauczyli jak być niezależną.” Po śmierci opiekunów to właśnie ona zadbała o niezmierzone, dotąd jeszcze do końca nie skatalogowane archiwalia dorobku awangardowej pary. Sama jest krytykiem sztuki, kuratorką, pisarką, wykładowczynią londyńskich uczelni artystycznych.

Jasia Reichardt, fot. Waldemar Robak

Po wojnie Themersonowie zamieszkali w londyńskiej dzielnicy Maida Vale, ale nie można powiedzieć, że nowy kraj przyjął ich z otwartymi rękami. Wkrótce dopadło ich powszechne niezrozumienie dla ich twórczości, okazało się bowiem, że Wyspy Brytyjskie pod względem swej mentalności, dogmatyzmu poglądów, hołdowania podziałom społecznym i tradycjom mieszczańskim nie zaoferowały więcej niż Polska z okresu międzywojennego. Artystyczna awangarda wciąż była tu niepożądanym marginesem, o którym nie wspominało się w dobrym towarzystwie, tym samym nie mogła też liczyć na jakąkolwiek promocję.

Po nieudanych próbach publikacji swych utworów, Themersonowie powołali w 1948 roku do życia własną, niezależną oficynę o nazwie Gaberbocchus Press. Wreszcie ich pionierskie i obrazoburcze projekty mogły obejrzeć światło dzienne. Na jakiś czas z uwagi na brak funduszy zawiesili „na kołku” marzenia o tworzeniu filmów awangardowych, pozostał jednakże niezaspokojony głód tworzenia, dlaczegóż zatem nie wydawać woluminów jako skończonych w każdym calu, autonomicznych dzieł sztuki?

„Każda książka Gaberbocchusa to mała nierządnica – intelektualistka, umiejąca zrobić ci dobrze w chwilach kryzysu umysłowego. Książki Gaberbocchusa nie można pożyczyć, można ją tylko posiąść” – napisał Themerson w folderze reklamowym oficyny.

Wydawnictwo stało się azylem nie tylko dla ich założycieli. Wkrótce związali się z nim czołowi pisarze europejskiej awangardy. Jednym z największych sukcesów okazało się angielskojęzyczne wydanie „Króla Ubu” surrealisty Alfreda Jarry, ale pod auspicjami Gaberbocchusa publikowali swe dzieła również Raymond Queneau, C.D. Grabbe, Pol-Divès, Camille Renault, Stevie Smith, Kurt Schwitters, Henri Chopin, Apollinaire, Bertrand Russell, C.H. Sisson, James Laughlin, Kenneth Tynan, Raoul Hausmann i wielu innych.

fot. Waldemar Robak

Książki tych autorów nie były zwykłymi, konwencjonalnymi publikacjami: w odróżnieniu od księgarskiej sztampy zgodnie z założeniami Themersonów miały być „bestlookerami”, miały stanowić jedność gatunków sztuki, uosabiać połączenie słowa z niezwykłą, przemyślaną w najdrobniejszych szczegółach szatą graficzną. Tu utwory trafiały w ręce Franciszki, to właśnie ona odpowiadała za stronę wizualną książek. Od czasów studiów wypracowała już swój własny styl. Porzuciła – jak to sama określała – „rembrandty” na rzecz prac, w których czuje się lekkość, efemeryczność. Poprowadzone jakby od niechcenia linearne kontury obiektów i czasem kilka barwnych plam definiowały malarską przestrzeń. Sama była wobec swej twórczości do przesady krytyczna, w jednej chwili zwątpienia jej rysunki po zgnieceniu z impetem znajdowały swoje miejsce w koszu, z którego Stefan cierpliwie je wyciągał, a potem pieczołowicie rozprostowywał i chował pod łóżkiem.

Przy Gaberbocchus Press, w jego piwnicy działał przez kilka lat klub dyskusyjny – tzw. Common Room. Było to miejsce regularnie odwiedzane przez ludzi o otwartych umysłach – intelektualistów, pisarzy, poetów i naukowców. W ten sposób niezbyt obszerna suterena stała się swoistym Hyde Parkiem, unikalną platformą interdyscyplinarnej wymiany opinii, prezentacji stanowisk i osiągnięć z najprzeróżniejszych dziedzin świata kultury i nauki. Tu odbywały się koncerty, odczyty i prezentacje utworów literackich. Trzewia Gaberbocchus tętniły nowym, pionierskim pulsem, pobudzały do eksperymentów i niesztampowej analizy rzeczywistości.

W tej atmosferze Stefan Themerson rozwijał swą teorię poezji semantycznej, która na stałe wpisała się w historię światowej literatury. Sama nazwa może w wielu z nas wzbudzać zupełnie nieuświadomioną niechęć przed nieczytelnością intencji autora, tymczasem w gruncie rzeczy poezja semantyczna polegała na zastępowaniu nazw ich słownikowymi definicjami. Skąd ten pomysł?

fot. Waldemar Robak

Otóż Themerson doszedł do wniosku, że słowa w powszechnym obiegu zatraciły swój pierwotny sens i źródłowe znaczenie, stały się nośnikami ideologii, polityki i propagandy, zostały podszyte kłamstwem i obłudą, a także są narzędziem manipulacji; z tego też powodu należy je oczyścić z tej niepotrzebnej rdzy i nadać im właściwą wartość. Patent poezji semantycznej był zatem w swej istocie genialnie prosty; na przykład słowo „garnek” stałoby się pewnie po transpozycji na język poezji semantycznej „walcowatym przedmiotem metalowym z okrągłym otworem, wyposażonym w części do chwytania dłońmi”.

Ta metoda nie tylko dynamizowała utwór literacki, dodawała również szczyptę humoru, czy też groteski oczyszczając konteksty choćby z niezamierzonej pompatyczności i nadęcia. Ażeby sprawdzić jak to działa, przytoczę w tym miejscu fragment „Pieśni Słonecznej” św. Franciszka z Asyżu:

„Pochwalony bądź Panie mój, przez brata naszego, wiatr
i przez powietrze, i chmury, i pogodę, i każdy czas,
przez które Twoim stworzeniom dajesz utrzymanie. Pochwalony bądź Panie mój, przez siostrę naszą, wodę,
która jest bardzo pożyteczna i pokorna, i cenna, i czysta.”

W „Bayamusie” – utworze, w którym Stefan Themerson wyłożył zasady swej teorii owa pieśń wzbogacona o układ wersów w postaci motywu rysunkowego przybiera taką oto postać:

„Chwalmy Cię Właścicielu mój za Brata naszego Ruch Powietrza który powstaje w skutek niejednostajnego ogrzewania się i wilgotności atmosfery i za tę mieszaninę Azotu Tlenu Argonu Dwutlenku Węgla Wodoru Neonu Helu Kryptonu Ksenonu z niewielkim dodatkiem pary wodnej (…) i Cząsteczek Kurzu i za te Masy Pary Wodnej utworzone w wyższych warstwach powietrza i za sprzyjające i za każde złe dobre wspaniałe deszczowe upalne wietrzne warunki atmosferyczne za pomocą których wywołujesz całokształt tych sił które stanowią otoczenie stworzeń Twoich dostarczają pokarm i przedłużają w ten sposób ich bytowanie Chwalmy Cię Władco mój za Siostrę Tlenek Wodoru który najbardziej pożyteczny jest i skromny i cenny i czysty”.

Gaberbocchus Press przetrwał w rękach Themersonów aż do 1979 roku, niestety musieli zrezygnować z dalszej działalności ze względu na niezadawalające wyniki finansowe. Oficyna pod nieco zmienionym szyldem funkcjonuje do dziś w Amsterdamie.

fot. Waldemar Robak

Trudno w kilku słowach – kluczach ująć i zdefiniować całą bogatą i wielowątkową awangardową twórczość Themersonów. Franciszka była nie tylko ilustratorką, malowała także obrazy – do dziś zachowało się ich około dwustu oraz kilkaset rysunków, a także zajmowała się scenografią i wykładała w londyńskich uczelniach artystycznych. Stefan poświęcił się nie tylko poezji semantycznej (Bayamus, Święty Franciszek wilk z Gubio albo kotlety świętego Franciszka, On Semantic Poetry) Oprócz poezji Themerson pisał powieści (m.in. Wykład Profesora Mmaa, Kardynał PÖlÄtÜo, Euklides był osłem, Wyspa Hobsona) oraz opowiadania (Hau, hau czyli kto zabił Ryszarda Wagnera?, Generał Piesc), tworzył dramaty (Kość w gardle), eseje filozoficzne (Logika, Etykietki i ciało, Katedra przyzwoitości, Faktor T). Swobodnie mieszając gatunki literackie, łącząc filozofię z groteską Stefan Themerson zyskał światowe uznanie. Jego literatura została przetłumaczona na 8 języków i doczekała się licznych wydań.

Krok po kroku Themersonowie w rozległym spektrum dwudziestowiecznej kultury przełamywali bariery, porzucali oklepane ścieżki i udowadniali, że każdy stereotyp więzi prawdziwą sztukę, zagłusza jej autentyzm. Pracując wspólnie tworzyli dzieła, które wyprzedzały ich czas, bowiem zajmowali się prawdziwą awangardą.
Adriana Prodeus w swej książce „Themersonowie, Szkice biograficzne” napisała, że ich sztuka „…urzeka humorem, abstrakcyjnym myśleniem i czułą obserwacją życia. Chcieli żyć na marginesie porządków wytyczanych przez granice państw, religii, gustów i języków.” Jednym słowem z wyboru przyjęli status wiecznych wygnańców, outsiderów, ale po latach to, co kiedyś opisywano w kategoriach anomalii, brewerii, statystycznego błędu stało się obowiązującą klasyką.

W naszej pamięci jednakże Themersonowie pozostali na barykadach rebelii i wciąż trzymają latarnię wskazując drogę dysydentom, nowym pokoleniom dzieci awangardy…

REKLAMA

PowiązaneArtykuły

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany.

Zgadzam się na warunki i ustalenia PolitykI Prywatności.

Przeczytaj

Reklama

REKLAMA
  • Przejdź do REKLAMA W PŁOCKU