Józef Brandt – niedoszły inżynier, genialny malarz batalista. Retrospektywna wystawa w Muzeum Narodowym w Warszawie

REKLAMA

Znowu mamy doskonały pretekst, aby czym prędzej odwiedzić stolicę. Oto w Muzeum Narodowym w Warszawie możemy wszechstronnie zapoznać się z twórczością nieco zapomnianego malarza, choć jego artystyczne dokonania, wszechstronna promocja Polski w kręgu europejskich elit oraz wpływ, jaki wywarł na współczesnych sobie kolegów po fachu, są bezsporne.

Niemal każdy słyszał o Janie Matejce, Józefie Chełmońskim, Juliuszu i Wojciechu Kossakach, Jacku Malczewskim i Stanisławie Wyspiańskim… ale Józef Brandt – któż to taki i jakie słynne dzieła namalował? Czas już najwyższy, by przywrócić pamięć o malarzu, bez którego być może nigdy nie poznalibyśmy barwnych losów Jana Skrzetuskiego, Heleny Kurcewiczówny, Bohuna i Onufrego Zagłoby…

Artysta urodził się w 1841 roku w rodzinie zamożnych, warszawskich lekarzy. Już w młodości fascynowały do dzieje XVII wiecznej Polski – wielkie bitwy, wojenne potyczki i batalie. Miłość do sztuk pięknych zaszczepiła mu matka, Krystyna z Lessel, pod której kierunkiem kreślił swe pierwsze rysunki. Po ukończeniu gimnazjum udał się na studia do Paryża z tym zamiarem, aby po kilku latach stać się inżynierem – budowniczym dróg i mostów. Tu jednakże zaraz po zajęciach na uczelni pędził do pracowni Wojciecha Kossaka, by tam pod okiem mistrza podjąć swe pierwsze malarskie próby i poznawać tajniki malarskiego warsztatu. Wkrótce miłość do sztuki stała się silniejsza od perspektywy zdobycia praktycznego zawodu.

PowiązaneTematy

Fot. Waldemar Robak

W 1860 roku ruszył wraz z Juliuszem Kossakiem na malarską włóczęgę po Ukrainie i Podolu; niezatarte wrażenia z wielomiesięcznej podróży sprawiły, że Józef Brandt po prostu zakochał się we wschodnich rubieżach Polski – zarówno w spalonym słońcem krajobrazie, dzikiej przyrodzie, jak i w bogatym, tętniącym życiem folklorze ich mieszkańców.

Po powrocie do Warszawy zadebiutował swymi „notatkami” zapisanymi akwarelą z kresowej eskapady na wystawie w Towarzystwie Zachęty Sztuk Pięknych w 1861 roku; wkrótce też zapadła decyzja o podjęciu studiów malarskich w Królewskiej Akademii Sztuki w Monachium. Zapalczywemu Brandtowi nie w głowie jednak było wielogodzinne ślęczenie nad cyzelowaniem rysunków, wykonywanych na podstawie gipsowych odlewów; po niespełna roku zapisał się do prywatnej pracowni Franza Adama, jednego z najwybitniejszych malarzy batalistycznych tamtych czasów.

Nieskazitelna prezencja młodego Polaka, obycie towarzyskie, a także poparcie nowego mentora sprawiło, że wkrótce z impetem wkroczył do elity artystycznej, jak i na wiedeńskie salony, nie wyłączając również królewskiego dworu. Niebawem pozycję Józefa Brandta wzmocniły także pierwsze sukcesy.

Przychylnie został przyjęty, zarówno przez publiczność, jak i wybredną, francuską krytykę, obraz „Chodkiewicz pod Chocimiem” na Wystawie Światowej w Paryżu w 1867 roku. Dwa lata później z nie mniejszym aplauzem spotkała się kompozycja „Powrót spod Wiednia – Tabor”, która została zakupiona do zbiorów cesarza Austrii Franciszka Józefa.

Fot. Waldemar Robak

Powszechne uznanie krytyki i kolekcjonerów dzieł sztuki skłoniło Józefa Brandta do poczynienia kolejnego, życiowego kroku. W 1870 roku otworzył w Monachium swą własną pracownię, lecz nie było to zwyczajne miejsce pracy artysty. Dzień w dzień ten osobliwy apartament, udekorowany kolekcją polskich i ukraińskich strojów, broni, rycerskiego rynsztunku, końskich rzędów, naczyń, tkanin i mnóstwa innych rekwizytów historycznych nawiedzały tłumy dziennikarzy, marszandów, przedstawicieli monachijskiej socjety najwyższego szczebla i arystokracji z księciem regentem na czele.

Tymczasem Józef Brandt przyjmował ostentacyjnie swych dostojnych gości w tradycyjnym, szlacheckim kontuszu i urządzał staropolskie święta, manifestując w ten sposób swoje pochodzenie. Na swych obrazach podpisywał się nieodmiennie „Józef Brandt z Warszawy”. W tych czasach była to niekwestionowana promocja polskości na szeroką skalę; we wszystkich znaczących galeriach europejskich pojawiły się obrazy propagujące chlubne karty historii Polski – kraju, który na dziesiątki lat wymazano z map Starego Kontynentu.

Jednakże pracownia była nie tylko wziętym salonem, pełniła ona również rolę nieformalnej szkoły malarskiej. Wokół artysty, który w naturalny dla siebie sposób przyjął rolę nauczyciela i mentora, gromadzili się przede wszystkim polscy malarze. Dziś aż trudno uwierzyć, że z tzw. polską szkołą monachijską byli związani Aleksander Gierymski, Alfred Kowalski, Tadeusz Ajdukiewicz, Leon Wyczółkowski, czy też Wojciech Kossak.

Józef Brandt osiągnął apogeum swej twórczości w latach 70. i 80. XIX wieku. W tym też okresie znalazł się u szczytu sławy, trudno wymienić wszystkie zaszczyty i splendory, jakimi go kontentowano. Za tym także poszły również sukcesy finansowe, o których mogli tylko pomarzyć inni polscy malarze, tworzący za granicą.

Cóż takiego jest w twórczości Brandta, że swym malarstwem rzucił na kolana niemal całą Europę, a zamówienia na kolejne obrazy z europejskich dworów i pałaców sypały się jak z rękawa? Co sprawiło, że ówczesne elity rozkochały się w nostalgicznym pejzażu kresowym, barwnej folklorystyce tych ziem i epizodach bitewnych, apologizujących rycerski etos Rzeczypospolitej XVII wieku?

Fot. Waldemar Robak

Niewątpliwie dla obcokrajowców świat malowany przez Brandta był egzotyczny, fascynujący niczym baśń tysiąca i jednej nocy barwną, awanturniczą opowieścią z dziejów sarmackiej Rzeczpospolitej. Pochody wojsk, starcia, husarze, lisowczycy, Tatarzy, Kozacy – wielkie bitwy i kreślone wyobraźnią artysty pojedynki, zwiady, czaty w bezkresnym stepie, a to wszystko jak żywe, opowiedziane ze swadą i barwną narracją. Oddzielny nurt w twórczości malarza stanowiło malarstwo rodzajowe – sceny z życia wsi, z jarmarków, prowincjonalnych miasteczek, ukazujące życie prostych ludzi i ich zwyczaje.

Malarstwo Brandta zachwyca niemal eksplozywną dynamiką kompozycji. Wrażenie ruchu, brawurowego pędu koni i jeźdźców artysta osiągał na różne sposoby; często ma się wrażenie, że bohaterowie sceny wyskoczą wprost na nas z dwuwymiaru płótna, innym razem energia jest skumulowana wzdłuż osi przekątnych obrazu. Oczywiście tę iluzję doskonale potęguje także mistrzostwo w odtworzeniu cech anatomii ludzi i zwierząt podczas ruchu. Jednakże na tym nie koniec; cóż bowiem może sprawić, że wpatrując się w obraz nagle doznajemy uczucia, jakbyśmy znaleźli się w centrum wydarzeń? Jest to dźwięk – tętent i rżenie koni, świst wiatru, plusk potoku, łopot sztandarów i szczęk oręża, kozacka piosnka miłosna i śpiewana pełną piersią Bogurodzica. To wszystko znajdziemy w obrazach Józefa Brandta, który doskonale posiadł zdolność sugerowania widzowi różnego rodzaju wrażeń słuchowych.

Każde malowidło stanowi również doskonałe studium charakterologiczne występujących tam postaci, bo nie są to ołowiane żołnierzyki odlane z jednej sztancy; twarze pokazują ludzkie emocje, wyrażają radość i smutek, złość i przerażenie. Uczestnicy sceny wchodzą pomiędzy sobą w różnorakie interakcje – rozmawiają, krzyczą, uśmiechają się do siebie, nienawidzą się aż do ostatniej kropli krwi, albo też spojrzeniem błagają o litość.

Fot. Waldemar Robak

Stojąc przed obrazami Józefa Brandta nie sposób nie zapatrzeć się w szczegóły. Z tego też powodu oglądanie nawet najlepszych reprodukcji, szczególnie w tym przypadku, w moim przekonaniu, po prostu mija się z celem. Płótna na pierwszy rzut oka, z dalszej odległości, zaskakują nas swym rozmachem, kolorem i światłem wprowadzają nas w klimat sceny, Jednakże nie oprzemy się i na pewno postąpimy kilka kroków bliżej; tu oczaruje nas bogactwo i kunszt w odtwarzaniu szczegółów –elementy strojów i zbroi, końskich rzędów, szable, jatagany, janczarki, ładownice i militaria, najdrobniejsze składowe wojennego rynsztunku; to wszystko namalowane z mistrzowską brawurą, zasugerowane widzowi śmiałymi pociągnięciami pędzla i grą światła.

Mam nieodparte wrażenie, że każdy z nas może odkryć Józefa Brandta po swojemu, chociażby tak, jak uczynił to Henryk Sienkiewicz. Według znawców tematu obraz „Pojmanie na arkan” z 1881 roku miał podsunąć mu pomysł do napisania pierwszej sceny z „Ogniem i mieczem”, czyli uwolnienia Bohuna przez Jana Skrzetuskiego; niektórzy twierdzą, że nawet i całej powieści.

Według przyjętej klasyfikacji malarz jest zaliczany do nurtu XIX wiecznego akademizmu, nie trudno jednakże dostrzec, iż wielokrotnie swą twórczością przekraczał utarte kanony, być może nawet wyprzedzał swą epokę. W czasach, w których fotografia była jeszcze w powijakach, nie wynaleziono jeszcze filmu, a choćby nawet rysunkowej opowieści w formie komiksu, on niczym wędrowny bard, stwarzał ludziom pole do zaangażowania wyobraźni i rozwinięcia swych fantazji.

Na warszawskiej wystawie mamy wyjątkową okazję zapoznać się z ponad 300 dziełami Józefa Brandta – obrazami olejnymi, akwarelami i rysunkami. Kolekcja obejmuje ponadto fotografie i zabytkowe przedmioty pochodzące z monachijskiej pracowni mistrza, która została zainscenizowana w jednej z sal.
Wystawa będzie czynna do 30 września br.