Maksymalnie dwie kadencje wójtów, burmistrzów i prezydentów to jedna z proponowanych zmian w ordynacji wyborczej, którą zapowiada prezes Prawa i Sprawiedliwości. Zdaniem Jarosława Kaczyńskiego, wprowadzenie tych zmian powinno nastąpić przed wyborami samorządowymi. Sprawdzamy, jakie opinie na ten temat mają liderzy wszystkich partii w Płocku.

Wioletta Kulpa, przewodnicząca płockiego Prawa i Sprawiedliwości

Wioletta Kulpa

Wioletta Kulpa

– Ograniczenie kadencyjności to jedna z wielu propozycji, którą zgłosiło Prawo i Sprawiedliwość do ustawy o samorządzie gminnym, czy kodeksie wyborczym. Zdaję sobie sprawę, że akurat ta propozycja wzbudziła najwięcej emocji, szczególnie wśród obecnych wójtów, burmistrzów i prezydentów zasiadających dwie lub więcej kadencji. Jednak z wielką rozwagą trzeba podejść do pewnych propozycji zmian, które w dłuższej perspektywie czasu wprowadzą wiele dobrych zmian dla mieszkańców.

Można podać przykłady, kiedy pełnienie funkcji wójta, burmistrza, czy prezydenta przez kilka kadencji, powoduje stagnację i budowane są pewne układy, nazwijmy je koleżeńskimi. Zdarza się nawet, że w dużej mierze rażąco wprowadzana jest patologia w życie społeczne. To zauważają mieszkańcy. Jednak pamiętajmy, że im mniejsza gmina, mniejsze środowisko, tym trudniej jest sprzeciwić się wójtowi, gdzie w zdecydowanej mierze to właśnie gmina jest największym pracodawcą w terenie. To do wójta, burmistrza czy prezydenta zależy rozdział środków, wydawanie określonych decyzji administracyjnych, co może być w pewnym zakresie uzależniane od udzielenia, bądź nie udzielenia poparcia danej osobie. Dlatego tak ważne jest zwalczanie podobnych sytuacji.

Nie ma jednak mechanizmu, który by w jasny i prosty sposób weryfikował wszystkie tego typu patologie. Wprowadzenie kadencyjności może realnie wpłynąć na wyeliminowanie z życia publicznego tego typu zachowań. Oczywiście, nie podzielam argumentu, że osoby które sprawdziły się i były wybierane przez kilka kadencji do pełnienia określonej funkcji publicznej w organie wykonawczym samorządu gminnego, mają zamkniętą drogę. Przecież jeśli znalazły uznanie w oczach mieszkańców, mogą sprawdzić się w innych rolach, mogą kandydować do Sejmu, zostać powołane na inne odpowiedzialne funkcje w państwie. Droga pełnienia funkcji publicznej nie kończy się na samorządzie gminnym.

Andrzej Nowakowski, przewodniczący płockiej Platformy Obywatelskiej, urzędujący drugą kadencję prezydent Płocka

Fot. Rafael Dominik

Andrzej Nowakowski

– Kilka dni temu wypowiedź jednego z szeregowych posłów PiS, w sprawie ograniczenia możliwości sprawowania funkcji wójta, burmistrza, prezydenta do dwóch kadencji, wywołała falę komentarzy i opinii. Ograniczenie możliwości wyboru tylko na dwie kadencje jest uderzeniem w demokrację. Moim zdaniem, to mieszkańcy – wyborcy – sami najlepiej są w stanie ocenić, czy ktoś jest na tyle dobrym wójtem, burmistrzem, czy prezydentem, by zasługiwać na kolejny wybór.

Każdy z samorządowców, stając do wyborów, staje do egzaminu i rozliczenia za pracę. W dniu elekcji wyborcy są naszymi sędziami i egzaminatorami. Dlaczego odbierać im to prawo? Albo uznajemy więc, że naród – tak często przywoływany suweren – jest w stanie dokonać właściwej oceny i wyboru, albo zgodzimy się na ograniczenie tego prawa. Uważam, że to zły pomysł. Decyzja powinna zostać w rękach mieszkańców. Ludzie potrafią korzystać ze swoich praw wyborczych – pokazują to zarówno przykłady miast, w których prezydenci rządzą od wielu kadencji (Gdynia, Gdańsk, Rzeszów, Kraków), jak i tych, gdzie nastąpiła zmiana (Płock, Poznań, Lublin, Łódź, Radom, Włocławek i wiele, wiele innych).

Tego rodzaju populistyczne pomysły są oderwane od rzeczywistości. Bo przecież zarządzanie samorządem, to kierowanie bardzo skomplikowanym mechanizmem. Obecnie – przy trwającej cztery lata kadencji – każdy nowy wójt, burmistrz, czy prezydent przez pierwszy rok urzędowania sprawdza, co zostawił poprzednik i w dużej mierze realizuje pomysły, które on zostawił. Realizuje przecież budżet przygotowany przez poprzednika. Koryguje go, ale nie zmienia od podstaw. Dopiero w kolejnym roku pracy tworzy swój budżet, wprowadza do niego własne pomysły i zaczyna planować rozwój miasta według własnej wizji. Trzeci rok jest już realizacją tego planu, bo w czwartym czekają go wybory i ocena wyborców. Dlatego dwie kadencje są właściwie minimalnym czasem, by móc pokazać, co się potrafi. Minimalnym, ale nie jedynym możliwym. Wielu projektów nie można zrealizować w ciągu czterech czy nawet ośmiu lat, zwłaszcza, gdy trzeba przygotować je od podstaw i zdobyć na ich realizacje finansowanie.

Propozycja wprowadzenia tylko dwóch kadencji – wypowiedziana przez prezesa PiS – oznacza, że samorządy przestaną się rozwijać w przemyślany, długofalowy sposób. Nikt nie będzie tworzył dalekosiężnych planów rozwoju miast, bo nie będzie miał do tego motywacji. Wszystkie ośrodki w Polsce zaczną rozwijać się w sposób przypadkowy, doraźny i prawdopodobnie chaotyczny – głównie na potrzeby najbliższych wyborów.

Podsumowując – pomysł wprowadzenia możliwości wyboru prezydenta, burmistrza i wójta tylko na dwie kadencje jest niekonstytucyjny, zaprzecza idei demokracji oraz jest psuciem samorządu – instytucji, którą Polska budowała przez lata i która doskonale dziś się sprawdza.

Bartosz Leszczyński, przewodniczący partii Nowoczesna w Płocku

Bartosz Leszczyński

Bartosz Leszczyński

– Wydaje mi się, iż Pan Poseł Kaczyński wziął to z programu Nowoczesnej, gdyż od początku to Nowoczesna mówiła o kadencyjności, ale z jedną kadencją, trwającą 5 lat. Jednak kadencyjność zaczerpnięta z Nowoczesnej została przedstawiona wybiórczo, gdyż PiS i Pan Poseł Jarosław Kaczyński kadencyjność chce zastosować tylko do burmistrzów, prezydentów i wójtów. Nowoczesna jest jak najbardziej za kadencyjnością, ale wszystkich osób wybieranych, łącznie z posłami, senatorami (o tym już PiS zapomniał).

Musimy jednak zaznaczyć, iż prawo nie może działać wstecz i każdy z wyżej wymienionych, obejmując stanowisko, musi mieć wiedzę, czy są to maksymalnie dwie kadencje czy dłużej. Jeśli PiS chce wprowadzić kadencyjność, to ustanowione prawo musi zacząć obowiązywać od kolejnych wyborów. Słyszymy głosy sprzeciwu od prezydentów, którzy mają wątpliwości czy kadencyjność to dobry pomysł, ponieważ budżety i system pracy w urzędach są specyficzne i potrzeba czasu na zapoznanie się z nimi. Ja twierdzę, iż człowiek kandydujący na stanowisko burmistrza, wójta czy prezydenta musi zdawać sobie sprawę z charakteru pracy w samorządzie i pracy na “budżetach zadaniowych”. Jeśli podejmuję się startu, to po wygranej zakasujemy rękawy i do roboty, bo nie ma czasu!

Kolejnym poruszanym problemem są inwestycje. Proszę mi uwierzyć, że jeśli gospodarz będzie podejmował decyzje przemyślane, dla dobra mieszkańców, to nawet, gdy mu się skończy druga kadencja, to jego następca te mądre decyzje będzie kontynuował. W tym momencie dochodzi do pewnego typu “patologii”: po pierwsze często włodarze miast odrywają się od rzeczywistości, żyjąc w tzw. “szklanych murach urzędu”, a po drugie ich decyzje inwestycyjne przed kolejnymi wyborami są często nietrafione, gdyż w głowie nie siedzi dobro miasta, a jedynie “kiełbasa wyborcza”.

Kolejnym problemem jest sztuczny elektorat danego burmistrza, wójta czy prezydenta, który zatrudnia do granic możliwości w urzędzie miasta i jednostkach im podległych swoich ludzi, którzy nawet jeśli się nie zgadzają z prowadzoną polityką danego włodarza, to i tak na niego głosują, ponieważ boją się o pracę. Powstaje pewnego rodzaju niezdrowa zależność. Traktujmy bycie u władzy jako misję. Po dobrze wykonanej robocie wracamy na Ziemię. Cieszmy się z tego, czego dokonaliśmy i po odpoczynku i normalnej pracy, jeżeli czujemy się na siłach, możemy ponownie kandydować.

Iwona Wierzbicka, Kukiz’15 w Płocku

Iwona Wierzbicka

Iwona Wierzbicka

– Wprowadzenie ograniczenia pełnienia funkcji prezydenta (burmistrza, wójta) do dwóch kadencji uważam za niezbędne i korzystne dla samorządów. Zbyt długie sprawowanie władzy przez jedną ekipę powoduje stagnację decyzyjną, ignorowanie inicjatyw społecznych, a w konsekwencji oderwanie od realiów bieżącej rzeczywistości. W Płocku, przed wyborami w 2002 r., kiedy wprowadzono zasadę bezpośrednich wyborów prezydenta (burmistrza, wójta), każdy z prezydentów pełnił swój urząd tylko przez jedną kadencję. Samorząd działał wcale nie gorzej niż obecnie, a moim zdaniem, zdecydowanie lepiej, gdyż występował wówczas ożywczy czynnik niepewności, powodujący potrzebę dążenia do podejmowania obiektywnych, skutecznych decyzji.

Osoby, które sprawdziły się w samorządzie, po dwóch kadencjach mogą nadal funkcjonować w polityce, startując w wyborach parlamentarnych. Korzystając ze swoich cennych doświadczeń, będą kreowały dobre prawo, którego nam dzisiaj zdecydowanie brakuje.

Uważam również, że zmieniona powinna być zasada bezpośrednich wyborów prezydenta (burmistrza, wójta), która nie spowodowała podniesienia jakości funkcjonowania samorządów, jak wcześniej przewidywano. Wręcz przeciwnie, doprowadziła do ich upartyjnienia na niespotykaną wcześniej skalę. W ten sposób skończyła się samorządność w gminach. Wróciła nieceniona niegdyś zasada “kupą mości Panowie”.

Tomasz Kominek, wiceprzewodniczący Polskiego Stronnictwa Ludowego w Płocku

Tomasz Kominek

Tomasz Kominek

– Długo myślałem o tych pomysłach i choć dostrzegam kilka argumentów “za”, to jednak zdecydowanie więcej widzę argumentów przeciwnych, a przede wszystkim ich waga jest dużo większa. Nie powinno się sztucznie ograniczać mieszkańcom możliwości wyboru. Samorząd tym się różni od wielkiej polityki, że tu nie da się nadrabiać wszystkiego PR-em i przekazem wielkich korporacji medialnych.

Mieszkańcy doskonale wiedzą, czy dany gospodarz się sprawdza, słucha ich, reaguje na ich prośby i czy w konsekwencji rozwija gminę i realizuje kolejne potrzebne inwestycje. Jeżeli tego nie będzie robił, to w kolejnych wyborach jego szanse są marne. Przykładów nie trzeba daleko szukać – przecież w naszym mieście po dwóch kadencjach wybory przegrał Mirosław Milewski. W powiecie płockim, w ostatnich wyborach samorządowych zmienili się wójtowie, choćby w Radzanowie i Bodzanowie. Nie jest prawdą, że w małych gminach tworzą się jakieś mityczne “kliki”, których mieszkańcy nie są w stanie przegłosować. Ponadto, proszę zwrócić uwagę na pokrętną logikę pomysłodawców – w samorządzie kadencyjność (i to działająca wstecz!) to świetny pomysł, ale już w parlamencie byłaby to, według nich, nieuzasadniona zmiana. To właśnie reforma samorządowa jest uznawana za jedną z najbardziej udanych polskich reform i zarówno ograniczenie kompetencji samorządów, jak i kombinowanie przy ordynacji, uważam za bardzo zły pomysł.

Litosława Koper, przewodnicząca Sojuszu Lewicy Demokratycznej w Płocku

Litosława Koper

Litosława Koper

– Bez wątpienia jest to zagadnienie, które dotyka każdego z nas, bo wszyscy żyjemy w małych ojczyznach i polityka lokalnych włodarzy jak żadna inna wpływa na nasze życie.

Po pierwsze i przede wszystkim powinniśmy pamiętać, że w samorządzie, jak na żadnym innym szczeblu, działa wyborcza weryfikacja polityków. Społeczna świadomość jakości działania lokalnego magistratu jest dużo większa niż odległego Sejmu, nie ma tu miejsca na sztuczki wyborcze, manipulowanie okręgami wyborczymi czy „zrzucanie kandydata na spadochronie” na drugi koniec kraju – jeżeli prezydent się nie sprawdzi, to jest duża szansa, że wyborcy go odwołają, jeżeli będzie trzeba, to w referendum przed końcem kadencji. W najnowszej historii widzieliśmy mnóstwo takich przypadków i to zarówno w małych miejscowościach, jak i dużych miastach.

Muszę przyznać też rację tym, którzy mówią, że na duże zmiany potrzeba dużo czasu. Inwestycje strukturalne, trudne decyzje i głębokie reformy wymagają często długich lat na swoje przygotowanie i wdrożenie. Przeprowadzane pochopnie rzadko przynoszą pożądane skutki. W tym kontekście wystarczy wspomnieć, że słynny burmistrz Nowego Jorku Fiorello LaGuardia potrzebował jedenastu lat, żeby dokonać jednej z największych społecznych i urbanistycznych rewolucji w historii Wielkiego Jabłka. Co więcej, wielu z tych lokalnych przywódców, zanim znalazło zasłużone miejsca na listach najlepszych polityków wszechczasów, musiało mierzyć się z oskarżeniami o autorytarne zapędy.

Proponowana reforma uderzy też w liderów lokalnych społeczności nie związanych z żadną partią polityczną – charyzmatyczne i obdarzone wizją osoby, które są w stanie zgromadzić wokół siebie poparcie i grono kompetentnych współpracowników, ale nie mają szans na zbudowanie struktur, które co kilka lat będą w stanie, niczym ogólnopolskie ugrupowania, „produkować” kandydatów na prezydenta. W ten sposób te małe ruchy bez względu na opinię wyborców będą musiały wcześniej czy później zniknąć ze sceny politycznej.

Ograniczenie liczby kadencji zaledwie do dwóch wygeneruje też problem tzw. „pustych kadencji”, czyli okresów, kiedy to pozbawieni szans na reelekcję włodarze miast przestaną wprowadzać jakiekolwiek reformy i zamiast tego, ograniczą się do doraźnego administrowania miastem albo, co gorsze, skoncentrują się na zabezpieczeniu swojej osobistej przyszłości i zadbaniu o „miękkie lądowanie” po zakończeniu urzędowania.
Można też dostrzec dobre strony tej propozycji, o czym wspomniał prezydent Lech Wałęsa (zapytany o zmianę ordynacji przeze mnie) podczas swojej niedawnej wizyty w Płocku. Naturalna wymiana kadr, dopływ nowej krwi wraz z nowym spojrzeniem i pomysłami, powstrzymanie tworzenia „maszyn wyborczych”, czy wreszcie uwolnienie merów miast od stanu permanentnej kampanii wyborczej (czy można sobie wymarzyć lepszy czas na zbudowanie horacjańskiego „pomnika trwalszego niż ze spiżu”?). Zresztą, gdyby było to rozwiązanie z gruntu złe to nie praktykowano by go we Włoszech, Brazylii czy w wielu miastach Stanów Zjednoczonych.

Teoretyczne rozważania o plusach i minusach tego pomysłu rozbijają się tak naprawdę o mur sposobu, w jaki ta zmiana zostanie wprowadzona. Jest to rewolucja i jako taka powinna być poprzedzona długą dyskusją, pracami licznego grona ekspertów (reprezentujących różne środowiska i poglądy polityczne), a wreszcie szerokimi konsultacjami społecznymi. Może jest to nawet dobry temat na referendum, bo to w końcu sprawy ustrojowe, jak żadne inne, zasługują na ocenę ogółu obywateli. Nowe przepisy nie mogą też pod żadnym pozorem działać wstecz, w tym wypadku stara rzymska zasada Lex retro non agit musi być bezwzględnie przestrzegana.

Podziel się:

Zostaw Komentarz