Czytelnik: Płockie nabrzeże – cieszy czy straszy?

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Otrzymaliśmy list i zdjęcia od czytelnika, który wybrał się ostatnio na płockie molo i jego okolice. Jakie miał wrażenia?

Napisałem do Was w sprawie, która od kilku dni nie daje mi spokoju. Otóż w sobotę wraz z rodziną wybrałem się na obchody Dnia Wisły. Piękna pogoda i świetnie zorganizowany cykl atrakcyjnych imprez – naprawdę nie było na co narzekać i nie można się było nudzić. Bawiliśmy się zresztą tak samo dobrze, jak tłumy innych ludzi przetaczających się przez molo i nabrzeże, jednakże tylko do czasu…

Moja czteroletnia córeczka, biegając po molo nagle potknęła się. Z przerażeniem patrzyłem jak upada, a jej główka zaledwie o kilka centymetrów mija twardy brzeg drewnianej ławki. Ktoś może powiedzieć – przecież to nic takiego, dzieci biegają i się przewracają, to naturalne i stare jak świat. Ktoś inny z kolei mógłby stwierdzić, że dzieci trzeba pilnować, a molo to przecież nie najszczęśliwsze miejsce do biegania…

W zasadzie trudno się z tym nie zgodzić, ale po pierwsze dzieci mają to do siebie, że wiecznie rozpiera je energia, nie mają w zwyczaju spokojnie spacerować z rodzicami za rękę, a po drugie, żeby dobrze się bawić, konieczne jest zapewnienie elementarnych warunków bezpieczeństwa.

„Wypadek” mojej córki zakończył się na szczęście tylko dużą porcją strachu i zdartą do krwi ręką – ku naszemu zaskoczeniu, na wystającym niebezpiecznie łbie wkręta, mocującego deskę podłoża molo. Rozejrzałem się dokładniej. Dziecko potknęło się o wyrwę, w innej, spróchniałej desce, w której na dodatek tkwił kolejny groźnie wystający wkręt.

Ktoś dalej może twierdzić, że się czepiam, robię „z igły widły”, ja jednak uważam, że takich spraw nie można pozostawiać samym sobie, bo najczęściej tak jest, że jak się o nich nie mówi, nie dyskutuje, nie pisze, to znaczy, że ich nie ma – po prostu nie istnieją i wszystko jest OK. Dzisiaj właśnie miałem chwilę czasu i zrobiłem sobie mały rekonesans.

Już tylko pobieżne oględziny podłoża molo, pozwalają stwierdzić, że od pewnego czasu, a co najmniej od zimy, nikt się nim nie zajmował i go nie konserwował. Niektóre z desek na łączeniach stwarzają zagrożenie, że ktoś się może o nie niebezpiecznie potknąć, inne z kolei są spróchniałe na tyle, że drewno wysypuje się pod palcami, a w kilku jeszcze miejscach deski wypaczyły się, wygięły do góry, wyrwały się z mocujących je wkrętów i luźno spoczywają na konstrukcji. Zrobiłem kilka zdjęć, ale nie trzeba tu oceny eksperta, żeby stwierdzić, że chyba zabrakło tutaj, jak to mówią na wsi, „gospodarskiego oka”.

Nie tak dawno na jednym z festynów zginęło dziecko przygniecione przez pneumatyczny zamek, ponieważ ktoś zaniedbał i nie wbił kilku kotw mocujących.W Dniu Wisły uczestniczyły spacerując po molo tysiące płocczan. Tym razem się udało, oby nie było tak, że to tylko do czasu…

A przecież dobre przygotowanie imprez nie sprowadza się tylko do atrakcyjnego repertuaru i odpowiedniego zabezpieczenia technicznego. Równie ważna jest dbałość o porządek i estetykę najbliższego otoczenia.

Co niewątpliwie należy odnotować z uznaniem to fakt, że molo zostało umyte i sprzątnięte z ptasich odchodów. Jednak spod najszerszej jego części unosi się tajemniczy odór. Spróbowałem ustalić, o co chodzi i sprawa okazała się nadzwyczaj prozaiczna. Pomiędzy betonową osłoną molo a nadbrzeżem zebrał się gruby i gnijący kożuch pływających śmieci – doskonała pożywka dla niezliczonych rojów owadów. Ku mojemu zdziwieniu, jak i rozbawieniu dowiedziałem się też, że tzw. wianek można stracić nie tylko w miejscach sielskich, jak i egzotycznych – można się go również pozbyć pod molo…

Jestem przekonany, że płockie molo wymaga kilku prostych, niekosztownych zabiegów, zwykłej konserwacji – inaczej popadnie w ruinę. Nie mogę jednak pozbyć się wrażenia, że brakuje nam kompleksowego spojrzenia na choćby najbliższe otoczenie i zwyczajnej, nie wymagającej wielkich nakładów, gospodarskiej troski.

Przykłady można tu mnożyć. Zaraz obok molo, na parkingu, ogromne garby nierównej trelinki, o które nie tylko można się potknąć, ale i zabić lub chociażby urwać koło. Ile może kosztować ułożenie kilku betonowych bloczków? Z pewnością budżetu miasta nie zrujnuje. Przytwierdzony do bariery mola wielki śmietnik wygląda jak poroniony happening, dalej niezwykle gustowne „kabiny dumania”. Pewnie można by je przestawić zaledwie o kilka metrów dalej, za linię drzew i już by tak drastycznie nie wyglądały. No i wreszcie betonowe „Stonehange” pozostawione wiele lat temu, wrośnięte w ziemię, pewnie „zabytkowe” po minionej epoce PRL-u…

Uwagę przykuwa także niechlubnie porośnięte „krzaczorami” i nie mniej bujnymi chwastami samo nadbrzeże rzeki. Rozumiem przywiązanie do ekologii, ale w tym przypadku to już chyba gruba przesada. Na koniec, cóż, nie można pominąć straszących pustymi otworami po oknach ruin kamienic przy ulicy Rybaki, niemal vis a vis mola, wraz z ogromnym i śmierdzącym dzikim wysypiskiem śmieci, znajdującym się tuż obok, oraz gustownego płotu z blachy trapezowej, broniącego dostępu do tych “perełek” płockiego nadbrzeża…

Kilkakrotnie od gości z innych miast, wjeżdżających starym mostem usłyszałem, że panorama Płocka – Tumy, katedra, amfiteatr i molo, zapiera dech w piersiach dzięki niezwykle udanej koncepcji połączenia historycznych budowli ze współczesnym zagospodarowaniem przestrzeni. Owszem, z daleka faktycznie wszystko wygląda nadzwyczaj okazale, niestety, te same miejsca z bliska straszą i śmierdzą, rażą wieloletnimi zaniedbaniami…

Odkładając na bok przychylne opinie przyjezdnych, niewątpliwie w Płocku jest jeszcze wiele do zrobienia.

Czytelnik

Co sądzicie na ten temat? Macie podobną czy inną opinię? Piszcie na nasz KONTAKT.

Podziel się:

1 komentarz

  1. Ojtam, ojtam.
    A w przyszłym roku nie będzie imprezy, bo ludzie się czepiają…
    A serio, Płock nie ma szczęścia do gospodarzy. Mamy ciągle polityków.
    Do nich nie dociera, że REGULARNE działania są tańsze i niezbędne, a nie remonty jak coś się wali…

Zostaw Komentarz

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji