Artur Krawczyk od Kuchni: Lubię po prostu dobre rzeczy

Google+ Pinterest LinkedIn Tumblr +

Jakie potrawy z dzieciństwa zapamiętał prezes Centrów Medycznych Medica i Profmed? Kto wpłynął na jego smaki, a kto jest obecnie dyrygentem w jego kuchni? Zapraszamy na pierwsze w nowym roku wydanie „Płocczan od kuchni”.

Dzisiejszym gościem naszego cyklu jest Artur Krawczyk, który z Płockiem związany jest od kilku lat. Do 2011 roku zarządzał Szpitalem św. Trójcy, obecnie jest szefem Centrum Medycznego Medica w Płocku (dawna Orlen Medica) oraz Centrum Medycznego Profmed we Włocławku. Zawodowo związany jest więc ze służbą zdrowia, prywatnie jest mężem i ojcem (wkrótce po raz drugi), a hobbystycznie… fotografem, choć – jak przyznaje – jest to pasja ostatnio zaniedbywana z powodu braku czasu. – Jestem dosyć zwyczajnym facetem, nie mam wyszukanych pasji, jak gra w polo, golfa czy nurkowanie – mówi o sobie. – Nie znam się też na wykwintnych winach czy wybitnej sztuce – przyznaje z uśmiechem.

Schabowy z kością i kiełbasa z rusztu

Jakie smaki dzieciństwa najbardziej utkwiły w pamięci panu Arturowi? – Pewnie nie będę oryginalny jak powiem, że z dzieciństwa najbardziej kojarzę naszego tradycyjnego schabowego – śmieje się szef przychodni. – Pamiętam jeszcze czasy, kiedy w sklepie można było kupić jedynie w nadmiarze musztardę i ocet. Nie było wyrafinowanych produktów, a to co jedliśmy z pewnością było bardzo ekologiczne, bo prosto ze wsi, w moim przypadku z przydomowego ogródka – wspomina Artur Krawczyk. – Miałem tę „przewagę”, że mój wuj był kierownikiem GS-u, czyli masarni, i pamiętam, jak w dzieciństwie częstował mnie świeżą kiełbasą prosto z rusztu. Nikt wtedy nie miał pojęcia o dodatkach i spulchniaczach. Smak był niepowtarzalny i niezapomniany – przyznaje.

Nie są to jedyne kulinarne wspomnienia naszego rozmówcy. – Pamiętam także zwykłe, pszenne bułki z masłem i pomidorem prosto z ogródka, smażony chleb z cukrem, makaron ze śmietaną i jajecznicę z cebulką, a na deser, do herbaty, babciny świeży placek drożdżowy, przesmarowany powidłami śliwkowymi – wymienia. – Myślę, że w latach 80. większość kuchni wyglądała podobnie. Nasze mamy radziły sobie tak, jak umiały i jak mogły – podsumowuje.

Pan Artur przyznaje jednak, że gdyby z tych potraw miał wybrać jedną, najbardziej ulubioną, to jednak byłby schabowy. – Ale to był prawdziwy schabowy, taki z kością – tłumaczy z uśmiechem. – Wówczas nikomu nie przyszło do głowy, żeby schabowego robić z piersi kurczaka. Pamiętam go w wydaniu mojej babci, która zawsze kładła mi bez pytania i najlepiej kilka na talerz – wspomina. Była też potrawa niezbyt lubiana przez prezesa Centrum Medycznego Medica. – Dosyć dobrze pamiętam, oczywiście, rosół z kury z dodatkiem wołowiny. Kiedyś uważałem, że to jest najgorsza rzecz, jaka mnie spotyka, ale teraz doceniam ten smak. Babcia bardzo często robiła taki rosół na pierwsze danie, a na drugie była po prostu gotowana wołowina. Musiałem dorosnąć, żeby dowiedzieć się, że gotowana wołowina to bardzo szlachetne i zdrowe mięso. Jako dziecko krzywiłem się przy niej, ale schabowego uwielbiałem – śmieje się nasz rozmówca.

Prawie udusiłem brata… naleśnikami

Z karierą kulinarną pana Artura wiąże się pewna rodzinna nieomal legenda, w której przyszły szef przychodni postanowił nakarmić brata naleśnikami. – Miałem 12 lat, brat 5, rodzice w pracy… Postanowiłem więc zrobić wszystkim niespodziankę. Naleśniki przygotowałem jak należy, mąka, jajko, mleko itd… Podaję je bratu, a ten, biedny, z pełnymi ustami zaczyna krzyczeć, że się dusi… Na szczęście przeżył – uspokaja nas pan Artur. – Poczęstowaliśmy psa na podwórku, ale ten zdecydowanie odmówił… No cóż. Został jakiś dla rodziców… Oczywiście, rodzice byli dumni, że chciałem coś przygotować, pochwalili moją inicjatywę, a na przyszłość pouczyli, że naleśników nie robi się z… mąki ziemniaczanej. Teraz mamy sporo śmiechu, wspominając to na rodzinnych spotkaniach – mówi z szelmowskim błyskiem w oku.

Jak przyznaje Artur Krawczyk, największy wpływ na kształtowanie się jego smaków miała jednak mama. – Z zawodu jest technologiem żywności, wiec wie jak dobrze gotować – wyjaśnia. – Kiedyś tego nie doceniałem, myślałem, że po prostu gotuje. Po opuszczeniu domu, gdy wyjechałem na studia, ten mielony już nigdy nigdzie tak dobrze nie smakował. Do dziś z podziwem obserwuję, jak moja mama potrafi w szybkim tempie z normalnego spotkania zrobić wielodaniową ucztę. Moja żona na tym polu jest także rewelacyjna. Znajomi chętnie wpadają do nas na kolację bo wiedzą, że mogą liczyć na smaczne i ciekawe dania – przyznaje.

A jaką kuchnię obecnie wybiera nasz rozmówca? – U mnie z kuchnią jest trochę tak jak z muzyką. Lubię po prostu dobre rzeczy – śmieje się pan Artur. – Nie mam sprecyzowanych upodobań i obranych smaków. Moim „kulinarnym dyrygentem domowym” jest moja żona, która lubi zaskakiwać domowników nowymi potrawami. Gotuje naprawdę bardzo smacznie i – co bardzo cenię – zawsze dba o dekorację stołu czy sposób podania samego dania na talerzu. Często wymyśla coś z głowy, co doskonale smakuje i pięknie wygląda – przyznaje prezes. Jednak żonie pana Artura rośnie już konkurencja.

– Ostatnio w mojej rodzinie dorasta nowy „junior masterchef”, moja córka, Maja – mówi z uśmiechem. – Nie ma jeszcze 6 lat, a już przygotowuje z nami wspólnie potrawy. Doskonale wylicza składniki i sposób przygotowania kotletów mielonych, pierogów z serem czy wymyślnych sałatek. Oczywiście wypieki przy boku babci to także jej jedno z ulubionych zajęć – nasz rozmówca nie ukrywa zauroczenia córką i podaje dowód na jej talent kulinarny. – Wczoraj na przykład przygotowała sałatkę z kurczakiem, tartym serem, kukurydzą, szczyptą curry, odrobiną czosnku. Już dziś wiem, że będzie bardzo rodzinną, kochającą domowe ognisko żoną, bo lubi towarzyszyć nam w przygotowywaniu posiłków, a ostatnio nawet sama nakrywa, naprawdę z gustem, stół do kolacji… i, oczywiście, jak każda pani domu, ona też już potrzebuje wyraźnej aprobaty, że danie smakowało – śmieje się Artur Krawczyk.

Robię najlepszą jajecznicę

W dni robocze nasz rozmówca częściej jada poza domem. – Dużo się przemieszczam, więc, niestety, jestem częstym klientem cateringu na mieście czy stacjach benzynowych. Cieszę się, że teraz można tam kupić sporo naprawdę zdrowych rzeczy. Czasem chodzimy z rodziną do restauracji. Oczywiście, nie mogę pominąć kuchni mojej teściowej… W tych daniach potrafię się naprawdę zatracić i przesadzić z ilością. Już legendą jest jej kurczak faszerowany nadzieniem mięsnym z pietruszką, czy karkówką ze śliwką – przyznaje pan Artur.

W domu natomiast ster kuchni pełni zdecydowanie żona prezesa. – Ona naprawdę dużo eksperymentuje, wykorzystuje sezonowe delikatesy i ma świetne wyczucie smaku. Uwielbiam zwłaszcza te nasze weekendowe rodzinne śniadania. Rano ja idę po świeże pieczywo i wędliny, a dziewczyny szykują stół. Podobno robię najlepszą jajecznicę w rodzinie – przyznaje żartobliwie. – Często się zdarza, że staram się przygotować śniadanie, zanim reszta rodziny się obudzi. Mam jedynie problem ze sprzątaniem po tej niespodziance – śmieje się.

Kuchnia nie jest jednak całkiem obcym terytorium szefa płockich i włocławskich przychodni, choć przyznaje, że lekko nie jest. – Próbowałem zostać domowym mistrzem sushi, ale po trzech próbach odpuściłem. Chyba nie mam popisowego dania. Potrafię jednak precyzyjnie przygotować skomplikowanie danie z książki kulinarnej. Moja potrawa naprawdę wygląda jak produkt reklamowy – mruga porozumiewawczo. – Kulinarnie przygotowany jestem dosyć nieźle, bo w moim rodzinnym domu z bratem musiałem często pomagać mamie. Później, na studiach, stawiałem, chyba jak większość studentów, na prostotę smaku i funkcjonalność potraw. Przeważnie były to potrawy ze słoika i zupki chińskie. Czasami w barze mlecznym zdarzały się kluski śląskie ze skwarkami – dodaje.

Swoje potrawy Artur Krawczyk przygotowuje, korzystając z gotowych przepisów. – Bardzo pilnuję proporcji oraz kolejności przyrządzania potrawy. Poza prostymi daniami, nie gotuję jednak z głowy – przyznaje.

Specjalnie dla naszych czytelników, pan Artur podaje przepis na danie, które można nazwać jego specjalnością.

  • Czas przygotowania: ok. 40 minut.
    Składniki (na 4 osoby): dwie polędwiczki wieprzowe, dwa pory, śmietana mała 18%, kieliszek białego półwytrawnego wina, 10 ml oliwy z oliwek, sól, pieprz, czosnek świeży, kostka rosołowa, 1/2 kg ziemniaków, masło.
    Wykonanie:
    Wstawiam ok. 0,5 kg ziemniaków w osolonej wodzie do gotowania. Dwie wieprzowe polędwiczki w całości, po opłukaniu wodą i osuszeniu ręcznikiem papierowym, solę i mocno przyprawiam z każdej strony świeżo mielonym pieprzem. Wkładam do miski, obkładam plastrami czosnku z dwóch ząbków. Owijam folią spożywczą i odstawiam, nie chowając do lodówki. W tym czasie kroję każdy z dwóch porów na pół i potem każdą połówkę wzdłuż. Nieco rozchylam pod kranem, by w ten sposób wypłukać zebrane tam ewentualnie zabrudzenia. Kroję drobno. Wrzucam na patelnię, nieco podlaną oliwą z oliwek. W miarę duszenia, dolewam wody. Po ok. 15 minutach por już jest miękki. Dodaję czosnek granulowany, kostkę rosołową i duszę kolejne 2 minuty na większym ogniu. Dodaję kieliszek białego wina (ok. 100 ml, najlepiej półwytrawne). Potem dodaję 3/4 małej śmietany i, po wymieszaniu, zostawiam pod pokrywką.
    Na rozgrzaną patelnię wlewam olej słoneczników i po jego rozgrzaniu kładę obie polędwiczki w całości. Podsmażam po 3-4 minuty z każdej strony (łącznie są cztery strony: po pierwszym odwróceniu nie zapominajmy o bokach polędwicy) na mocnym ogniu i, co ważne, nie nakłuwamy nigdzie, by nie wyleciał aromat. Położenie ich na rozgrzany tłuszcz powoduje, że mięso na zewnętrz się momentalnie ścina, zamyka i tym samym cały aromat zostaje w środku.
    W tym czasie ziemniaki są już ugotowane. Odlewamy je z wody, pozostawiając w garnku. Dodajemy łyżkę masła i 50 ml mleka, wszystko ugniatamy. Można też dodać trochę drobno posiekanej cebuli.
    Wykładamy na talerze pasek potrawki z porów, na desce odkrawamy 1/3 polędwiczki i kroimy ją dopiero w tym momencie w plastry, które w środku są soczystoróżowe. Obok, gałkownicą do lodów nakładamy dwie duże kule z puree ziemniaczanego.
    Danie jest smaczne, oparte o polskie, łatwo dostępne przez cały rok produkty i naprawdę wygląda bardzo elegancko. Można do tego podać bagietkę np. z masłem czosnkowym, bo porowy dressing jest smaczny także jako dodatek do pieczywa.
Smacznego!

Podziel się:

Zostaw Komentarz