Jakie marzenie ma fotograf nietypowych plenerów ślubnych? Które potrawy wspomina z dzieciństwa najwyraźniej? I co ratuje mu życie podczas pracy? Rozmawiamy o tym z Arkiem Gmurczykiem w kolejnym odcinku Płockiej Kuchni.

Urodzony płocczanin, podobno zakochany w mieście, w którym mieszka. Znany płocki fotograf. – Jestem właścicielem Płockiej Agencji Fotograficznej – potwierdza. – Specjalizuję się w fotografii ślubnej, niekoniecznie tej najbardziej typowej – uśmiecha się. – Od blisko 20 lat biegiem przez życie, nie bardzo potrafię usiedzieć w miejscu, chociaż na dłuższą metę bardzo tęsknię za domem. Uwielbiam tu wracać, szczególnie wjeżdżając starym mostem, podziwiając nieustannie hipnotyzujące Wzgórze Tumskie – przyznaje Arek.

Jak tłumaczy, przez 3 lata mieszkał poza granicami naszego kraju, ale tęsknota za domem rodzinnym na szczęście zwyciężyła. – Od strony kulinarnej lubię np. czytać etykiety produktów spożywczych i wiedzieć co jem. Jednym z moich małych marzeń była własna restauracja lub innego rodzaju, niekoniecznie standardowe miejsce, podające ciekawe jedzenie. Zresztą, chyba nie mogę powiedzieć, że to marzenie jedynie było, nadal gdzieś tam o nim czasami myślę… – przyznaje.

Dzieciństwo to placki i kogel mogel

Z dzieciństwa najwyraźniej wspomina kogel mogel i placki. – Naleśniki, racuchy, placki z jabłkami, ziemniaczane – wszystkie, byle nazywały się placki – śmieje się fotograf. – No i chleb z wiejską śmietaną i cukrem! Była jeszcze prażucha i pieczarki, które piekliśmy na kuchni węglowej u drugiej babci na wsi. Magia – wspomina z sentymentem.

– Każdy z tych smaków dzieciństwa wspominam równie miło i ostatnio nawet stwierdziłem, że muszę znowu zrobić kogiel mogiel, tylko jajek dobrych poszukam. Słyszałem ostatnio o fajnej akcji Płocka Kooperatywa Spożywcza – może tam znajdę? – zastanawia się. A jaką potrawę wykonał po raz pierwszy samodzielnie? – Muszę przyznać, że nie bardzo pamiętam szczególnie jakąś pierwszą potrawę, którą ugotowałem, bo chyba dość szybko stałem się w pewnym stopniu niezależny kulinarnie, ale pamiętam np. że strasznie dumny byłem z pierwszego ręcznie zrobionego majonezu czosnkowego i homara, które nauczyłem się przyrządzać w Londynie – zdradza.

Jak przyznaje, największy wpływ na kształtowanie się jego smaków zdecydowanie miała mama… i babcia. – Mężczyźni w naszej rodzinie raczej chyba nie gotowali – konkluduje.

Obiektywnie o Płocku. Arkadiusz Gmurczyk: Nie lubię sztampy

Fast foody tylko od święta

Jaką kuchnię obecnie preferuje Arek? Tradycyjną, polską czy może zagraniczną? – O ile lokalnym patriotą jestem chyba aż za bardzo, przez co czasami wkurzają się na mnie moi znajomi, tak jeśli chodzi o polską kuchnię to przyznam szczerze, że u mnie z nią tak średnio. Z rosołu najbardziej lubię makaron. Nie licząc pomidorówki, czerwonego barszczu, zupy szczawiowej, to inne zupy mogą dla mnie nie istnieć. Jeśli już, to dobrze doprawiony krem z jakimiś grzankami lub prażonymi migdałami – przyznaje.

– Schabowego chętnie zjem (raz na trzy tygodnie), ale golonka, czarnina, żeberka i inne tłuste tematy to raczej zdecydowanie nie moja bajka. Fast foody od święta chociaż są takie momenty, że muszę koniecznie i niech się wali i pali, a potrafię przed północą wyjść ze studia i jechać zjeść kebaba albo podwójnego hamburgera z frytkami (i wrócić do pracowni na kolejne 3 godziny). I to niekoniecznie dlatego, że byłem głodny, po prostu musiałem. Jestem uzależniony od jedzenia, śmieję się, że m.in. dlatego nigdy nie przestanę biegać, bo byłoby ze mną słabo – żartuje Arek.

Przyznaje też, że bardzo lubi próbować nowych smaków. – Sprawia mi to ogromną radość i jakoś tak nawet chyba inspiruje, niekoniecznie jedynie kulinarnie. Szczególnie mnie to cieszy teraz, kiedy coraz więcej podróżuję na sesje ślubne poza granice naszego kraju. Pracuję, spełniam moje marzenia, a przy okazji mogę popróbować na miejscu nowych dań – przyjemne z pożytecznym – uśmiecha się i po chwili dodaje: – Pizza! Bym zapomniał! Bez niej świat byłby smutny – śmieje się.

Prezenciki państwa młodych ratują mi życie

Czy w związku z podróżami, jada częściej w domu czy w restauracjach? – To zależy. Kiedy jestem w Płocku, poza sezonem ślubnym, to zdecydowanie częściej w domu. Lubię domowe jedzenie. Lubię wiedzieć co jem, najczęściej robię zakupy, wnikliwie studiując składniki z etykiety. Nawet jeśli jadę gdzieś na drugi koniec Polski czy Europy, to zawsze, przynajmniej na początek podróży, mam zrobione najczęściej własnoręcznie kanapki (niestety, żona robi lepsze), czasami jakąś sałatkę. Bliżej drugiej części roku te proporcje już się trochę zmieniają i zdecydowanie częściej jem wtedy w restauracjach i hotelach – przyznaje.

Tłumaczy, że w hotelach często ma problem. – Przeważnie omija mnie śniadanie, kiedy muszę wyjść z pokoju w nieludzkich godzinach, kiedy kuchnia jeszcze śpi, a nam wymarzyło się, że zaczniemy sesję od wschodu słońca. Na szczęście coraz więcej miejsc oferuje możliwość przygotowania fajnego śniadania na drogę, z czego, nie ukrywam, zdarza mi się korzystać – mruga porozumiewawczo.

– Tak czy siak, nie ma opcji, żeby w mojej walizce ze sprzętem nie znalazła się jakaś mała, awaryjna przekąska. Często chowam sobie jakieś słodkie prezenciki od młodej pary na czarną godzinę (młoda para dla wszystkich gości wesela w ramach podziękowań za obecność szykuje coś na pamiątkę np. jakieś słodkie cukierki, migdały, mały słoiczek miodu itp.). Ostatnio na Santorini jeden z takich skarbów uratował mi podczas sesji niemal życie. Plener nam się przedłużył, kanapki rezerwowe dawno zjadłem, światła panującego na robienie przerwy w restauracji mi było szkoda, więc zapomniane weselne migdały zrobiły robotę. Nie potrafię funkcjonować głodny. Lepiej mnie wtedy nie wkurzać – śmieje się Arek.

Kto w takim razie gotuje w domu państwa Gmurczyków częściej? – Zawsze lubiłem być niezależny, dość wcześnie wyprowadziłem się z domu, dlatego nauczyłem się gotować. Bardzo lubię to robić, ale od dobrych kilku lat robię to bardzo rzadko. U nas w domu zdecydowanie częściej gotuje żona i muszę przyznać, że ostatnio coraz milej mnie zaskakuje, serwując nieznane mi smaki. Ostatnio byłem skłonny założyć się, że pachnące kotlety są z mięsem, a tymczasem okazało się, że mięsa w nich nie było. Cuda na kiju. Starszy syn też już coś tam zaczyna kombinować więc jestem dobrej myśli – żartuje nasz rozmówca.

To na jakie popisowe potrawy mogą liczyć jego goście? – Drinki też się liczą?! – śmieje się. – Popisowe danie, hmm. Wiesz co? Gotuję ostatnio tak rzadko i najczęściej są to nowe rzeczy, nowe smaki, znajdowane gdzieś na jakichś fajnych blogach kulinarnych, że mówienie o którymś z tych dań jako o moim popisowym, byłoby lekkim nadużyciem – wybrnął Arek.

Na koniec, tradycyjnie poprosiliśmy o podanie przepisu dla czytelników. – To będzie szybki, prosty przepis, do którego lubię wracać – wyjaśnił Arek Gmurczyk, podając nam przepis.

  • Składniki:

    • łyżka oleju
    • 1 duża czerwona cebula
    • 250 g gotowanej szynki w plasterkach (lub boczek)
    • 200 g pieczarek (mogą być brązowe)
    • 2 ząbki czosnku
    • 100 ml śmietanki słodkiej 30%
    • 400-500 g makaronu tagliatelle
    • około 3 łyżki posiekanej natki pietruszki
    • parmezan
    • sól, pieprz, bazylia, oregano.

    Wykonanie:
    1. Makaron tagliatelle ugotować.
    2. Rozgrzewamy odrobinę oleju. Dodajemy czerwoną cebulę pokrojoną w kostkę. Zeszklić.
    3. Dodajemy szynkę lub boczek pokrojony w kostkę (ja np. nie lubię boczku 😉 ). Smażymy. Dodajemy pieczarki pokrojone w plastry oraz odrobinę soli. Podsmażyć aż pieczarki puszczą wodę. Czekamy aż woda odparuje.
    4. Według uznania, dodajemy czosnek przeciśnięty przez wyciskarkę. Wlewamy śmietanę 30%, do tego bazylię, oregano. Mieszamy.
    5. Po zagotowaniu, podgrzewamy na małym ogniu przez kilka minut, często mieszając. Makaron zalewamy sosem, całość możemy posypać świeżo startym parmezanem. Smacznego!

Podziel się:

12 komentarzy

  1. Znam Arka na cześć i nie jesteśmy kolegami. Znam jego prace i uważam, że jest ok ale nie o to chodzi… Na pewno nie ma drugiego, tak zawistnego środowiska jak fotografowie w Płocku. Co widać po komentarzach. Szkoda mi was. Osiągnijcie coś. Nauczcie się promować siebie a póki co … Wystawiacie sobie tylko świadectwo małości.

  2. Oto moje spostrzeżenia. Kolejny z tych co chyba są lokalnie znani z tego ze są lokalnie znani. Marketingowo może i dobry ruch, bo przyciąga klientele, ale same zdjęcia oceniam jako średnie. Zdecydowanie średnie. Mowa oczywiscie o zdjęciach do kotleta, bo innych nie znam. Nie czuję w nich emocji, ruchu, niepowtarzalnych ujęć, które zapadają w pamięć. Sztampa, monotonia, zastój w kadrach i ratowanie się “pięknymi okolicznosciami przyrody”. I żadne wsparcie kulinariami nie jest w stanie tego zmienić w mojej ocenie. A przecież nawet zwykłe śluby potrafią być kopalnią akcji i emocji dla utalentowanego fotografa.

  3. Oto moje spostrzeżenia. Kolejny z tych co chyba są lokalnie znani z tego ze są lokalnie znani. Marketingowo może i dobry ruch, bo przyciąga klientele, ale same zdjęcia oceniam jako średnie. Zdecydowanie średnie. Mowa oczywiscie o zdjęciach do kotleta, bo innych nie znam. Nie czuję w nich emocji, ruchu, niepowtarzalnych ujęć, które zapadają w pamięć. Sztampa, monotonia, zastój w kadrach i ratowanie się “pięknymi okolicznosciami przyrody”. I żadne wsparcie kulinariami nie jest w stanie tego zmienić w mojej ocenie. A przecież nawet zwykłe śluby potrafią być kopalnią akcji i emocji dla utalentowanego fotografa.

  4. “Nietypowych plenerów ślubnych”? Widzę same typowe plenery. Zdjęcia, owszem, ładne, ale nic w nich nietypowego. Chyba sam to wymyślił, że są nietypowe.
    Następny level parcia na szkło: Taniec z gwiazdami lub mma z popkiem 😉

  5. Czy ten fotograf wie czym zajmuje się agencja fotograficzna? No i te nietypowe plenery ślubne… W ubikacji? To by był nietypowy plener.

Zostaw Komentarz

Warto Przeczytać

Ostatnie Informacje

Więcej Nowych Informacji